Były Wampir

Wampir, nie, były wampir, wyciągnął się na kanapie. Kanapa była częścią luksusowego, obrzydliwie nowoczesnego i drogiego apartamentu, a ten był częścią licznych bogactw byłego wampira. Lubił od czasu do czasu zwolnić, zatrzymać się w tym sterylnym pokoju, położyć się na chwilę i pozwolić ciszy na spółkę z ciemnością przejąć nad sobą kontrolę. Wtedy jego coraz bardziej loański umysł cichł, wyłączał się demoniczny instynkt, a młody człowiek, którym dawno temu miał zaszczyt być wracał do niego i pomagał na spokojnie zastanowić się nad obecnym życiem. Były wampir, obecnie demon lubił te rzadkie chwile rozkoszy i odprężenia. No właśnie, obecny demon... Ciągle było mu trudno przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy - kolosalnej zmiany w jego życiu...czy śmierci raczej. Poznając swą ukochaną, swoją Zieloną Wróżkę odrodził się. Fakt niezaprzeczalny. Ale jego dotychczasowe życie skończyło się i co gorsza coraz mniej go obchodziło, pamiętać go nie lubił, a wracać do niego nie chciał. Czemu więc teraz to robił? By jeszcze raz zanurzyć się w żalu nad sobą? Oczywiście. Martyrologia była w końcu podstawową cechą nieumarłych. Opłakiwał swoją pierwszą śmierć, kiedy został wampirem. Kiedy przestał być wampirem też biadolił i lamentował mimo tego, że w duchu cieszył się szalenie ze wszystkiego. Z nowej siły, z nowego wyglądu, z kręgu akceptacji, który go otaczał pod postacią podobnych mu demonów, ogólnie przez świat nieakceptowanych. Nawet z nowych imion. Żartowali z niego, że na podobieństwo Wampira, Który Poprzysiągł Nigdy Nie Wymawiać Swojego Imienia jego miano ludzkie zostało zapomniane... Cóż mógł poradzić - trzy wieki ziemskiego życia nie dawały się tak łatwo zapomnieć. Podobnie jak wpajana mu rózgą wiara. Z tą resztką wiary jakoś kłóciło się wstępowanie do świata tajemnic pod imieniem, którym go ochrzczono. Tak więc był teraz Orchidem, był białą śmiercią, był Lokim, był....
- Lesio! - do pokoju wpadło kłębowisko czarnej skóry, czarnych włosów, kilku piór i czystej, niczym nie poskromionej mocy. Istota całkowicie zrujnowała spokój zaciemnionego pomieszczenia, a były wampir zapragnął nagle zniknąć, stać się zupełnie przezroczysty i niewidzialny, jak podczas jego Rytuału Zmiany. Albo chociaż mieć koc, który mógłby naciągnąć na głowę i udać, że go nie ma. Za późno, kłębowisko chaosu zmaterializowało się dokładnie nad jego głową w osobie diabła, którego były wampir dla zasady rzadko tytułował inaczej niż "idiota". Alifer, jak to Alifer nic sobie z tego nie robił.
- Wstawaj pijawko! Zbieraj się, do kina idziemy! - diablisko szczebiotało radośnie ciągnąc go za rękaw do wyjścia. Obiecywał wspaniały ubaw na filmie "Dracula 2000". No bo przecież jak zwykle wyciągał go (i pewnie resztę bandy) do kina. Były wampir nie mógł powstrzymać śmiechu.
Nie mógł też powstrzymać wspomnienia sprzed kilku lat, wyobrażenia pewnego miłego wieczoru podczas którego został ochrzczony "Lesiem"...
Siedzieli sobie spokojnie z Ioreth i gawędzili miło o różnych odmianach wampiryzmu. Zielona Wróżka, która w takich wypadkach stawała się raczej Zieloną Panią Doktor ciekawa była każdego aspektu jego poprzedniego życia. Były wampir puchł dosłownie z dumy i szczęścia. Razem usystematyzowali już kilkanaście odmian krwiożłopów od tych najpospolitszych po prawdziwe perełki gatunku z osobą byłego wampira na czele. W tym właśnie romantycznym momencie wpadło między nich kłębowisko energii nieposkromionej, zaopatrzone w czarne pierze, czarne włosy i gorejące fioletowe ślepia, którym odmówić nie sposób było. Zaraz za "idiotą" do pokoju wpadło jeszcze kilku przedstawicieli nowej rodziny byłego wampira. Z ogólnego rwetesu wynikało, że natentychmiast mają się udać do sali kinowej w celu obejrzenia wielkiego dzieła filmowego lubianego reżysera Neila Jordana.
Z kina wyproszono ich grzecznie choć bardzo stanowczo po nie całych 15 minutach...
Nic na to poradzić nie można było, że film ów wywołał ogólne salwy śmiechu wśród demonicznej braci. A demoniczna brać rozbawiona to demoniczna brać głośna, a to z kolei... Film obejrzeli niebawem, korzystając ze złodziejskich talentów Tristana, który był najsilniejszym po Aliferze kandydatem do miana "idioty". Przedtem jednak urządzili grupowe czytanie książki, czy raczej serii ksiąg, zwanej Kronikami Wampirzymi, która zainspirowała do powstania owego filmu. Tym razem nikt nie ganił ich za wesołość prawie niezdrową i nietaktowną. Były wampir ubawił się wtedy po pachy, choć musiał przyznać, że historie opowiedziane były znakomicie, postacie skonstruowane bez zarzutu, a i fabuła niczego sobie. Ale zestawiając to z własnym życiem... Niektóre reguły książkowego krwiożłopstwa były śmieszne, początki rasy tym bardziej. No i przede wszystkim niezaprzeczalne podobieństwo do powszechna znanych krwiożłopów. Na ten przykład książkowa sierota wiecznie biadoląca ale niezwykle urodziwa jak nic przypominała mu jego własnego znajomego. Do tego dziecię wampiryczne o wszelkich cechach sukkuba kusicielki. Zarówno książkowa postać jak i znajoma mu wampirzyca skończyły marnie czeznąc w słońcu wcześniej mając swoją dziecinną główkę do ciała dorosłego przyszytą. Co gorsza demoniczna hałastra zaraz okrzyknęła jego podobieństwo do głównego bohatera. No cholera, co on miał na to poradzić, że wiek się w miarę zgadzał, że pochodzenie też dość podobne - tu Francja w świecie ludzi i tam też, tu arystokracja, tam arystokracja. Tu jasne kudły tam też. Charakter mniej więcej zbieżny...
A potem obejrzeli film. Piękny, plastycznie urzekający, mroczny i romantyczny i... Niesamowicie zabawny z było wampirzego punktu widzenia. Demoniego tym bardziej.
I tak właśnie były wampir został przechrzczony na wszystko co na "L", co kojarzyło się z owym filmowo książkowym księciem krwi.
Teraz były wampir, przezywany ostatnimi czasy "Lesio" zadrżał zaniepokojony. Bo czy z kolejnego, pewnie jak każdy film ostatnio, "wybitnego" dzieła o krwiożłopach nie wykluje się jego kolejne imię? Musiał przyznać, że nie miał ochoty wzbudzać politowania paradując jako Vlad Drakul...


Madame Kadamon
8 września 2001