Krzyk w Niebiosa: cytatytłum. Agnieszka Rzepa Chóry kościelne, dworskie orkiestry i opery całego świata poszukiwały włoskich muzyków. Ale świat wielbił tylko sopranistów. To o nich wiedli spory królowie, to na ich widok publiczność wstrzymywała oddech. To śpiewak nadawał operze prawdziwy sens. Nicolino, Cortono, Ferreri pamiętani byli jeszcze długo po tym, kiedy ci, którzy dla nich komponowali, odeszli w zapomnienie. A w małym światku konserwatorium Guido należał do grupy uprzywilejowanych wybrańców, których lepiej żywiono, ubierano, umieszczano w cieplejszych pokojach, pielęgnując ich niezwykły talent.
Wyrósł więc na młodego śpiewaka o niezłej prezencji, niepokojąco przy tym powabnego dzięki łatwo zauważalnym cechom szczególnym. Przez całe życie miał słyszeć, jak mówiono: 'Jakiż on brzydki' lub 'Skąd, jest uroczy!'
Nie zdawał sobie sprawy tylko z tego, jak groźne jest jego spojrzenie. Był potomkiem ludzi brutalniejszych niż zwierzęta, którymi się opiekowali, i sam też wyglądał jak ktoś, kto nie zawaha się przed niczym. W oczach, płaskim nosie, lubieżnych ustach, w całej twarzy Guida był gniew. Nie zdając sobie z tego sprawy, osłonił się nim jak tarczą ochronną. Nikt nie próbował go napastować. Był jednak powszechnie lubiany. Normalni chłopcy czuli do niego taką samą sympatię jak kastraci. Skrzypkowie przepadali za nim, bo każdy z nich go fascynował, pisał też dla nich wspaniałe utwory. Zaczął być znany jako ciche, poważne, delikatne niedźwiedziątko, którego nie można się było bać, jeśli się je znało.
Wszystkie marmurowe kolumny otoczone były wieńcami świec, pochodnie gorzały w lichtarzach, podsycane podmuchami powietrza z otwartych drzwi. Z olbrzymich kopuł patrzyły na niego anioły i święci, wszędzie dokoła łuki, ściany, sklepienia pulsowały niezliczoną ilością złotych iskier. Zapragnął, żeby matka wzięła go w ramiona, i bez słowa zaczął się wdrapywać na nią jak na drzewo. Pod jego ciężarem zatoczyła się ze śmiechem w tył. Wychowała się na muzyce. Osierocona tuż po urodzeniu, została umieszczona w Ospedale delia Pietá, jednym z czterech sławnych klasztornych konserwatoriów Wenecji, którego chór i orkiestra, składające się wyłącznie z dziewcząt, zadziwiały Europę. Kiedy była małą dziewczynką, tamtejszym Maestro di Capella był nie kto inny, jak sam Antonio Vivaldi. Uczył ją śpiewać i grać na skrzypcach, gdy miała zaledwie sześć lat. Już wtedy ujawnił się niezwykły talent Marianny. W jej pokoju leżały stosy nut utworów Vivaldiego. Były tam wokalizy dla dziewczynek zapisane jego własną ręką. Zawsze posyłała po partytury jego najnowszych oper. - To niemożliwe. Nieprawdopodobne- szepnął Tonio. Jednak im bliżej podchodził, tym silniejsze stawało się wrażenie asymetrii. Lewa część szaty Andrei miała inny kolor! Zaś ciemność między jego ramieniem, a ręką Philippa była jakby niejednolita. Gondola była wyłożona niebieskim aksamitem i ozdobiona girlandami kwiatów. Pojedyncze długie wiosło zostało ozłocone. Bruno, ubrany w jaskrawy błękitny mundur, skierował łódź na wodę, między gondole innych znamienitych rodzin, podążających w tym samym kierunku. Podskakując na falach za płynącymi przed nimi setkami ludzi, kierowali się z prądem do ujścia kanału, w stronę piazzetty.
Piazza była teraz tak zatłoczona, że ledwo mogli się ruszyć. Dookoła powyrastały platformy, na których pokazywali swoje sztuczki kuglarze i mimowie, w klatkach warczały dzikie zwierzęta, a poskramiacze strzelali z batów. Kiedy jednak podniosła się kurtyna, z wszystkich ust wyrwały się okrzyki. Na tle bezkresnego błękitu nieba, usianego migoczącymi czarodziejsko gwiazdami, stały złocone portyki i łuki. Chmury zasłoniły gwiazdy, a wznosząca się w nagłej ciszy muzyka, wydawała się sięgać sufitu. Kompozytor uderzał w klawisze, jego upudrowane loki powiewały, a tymczasem na scenie pojawiły się wspaniale ubrane kobiety i mężczyźni, którzy rozpoczęli sztywny, lecz konieczny recytatyw, stanowiący wprowadzenie do znanej dobrze i całkowicie niedorzecznej treści opery. Ktoś był w przebraniu, kogoś innego porwano, pobito. Ktoś oszaleje. Odbędzie się bitwa między niedźwiedziem a potworem morskim, po czym bohaterka znajdzie sposób, by wrócić do męża, który myśli, że jest martwa. Słuchał dźwięków mandoliny spacerującego w pobliżu śpiewaka. I obserwując jak morski błękit nieba ustępuje miękko różowej mgle, czuł, że wino koi jego ból. A jednak właśnie wino pozwalało temu cierpieniu rozkwitać. Łzy błyszczące w oczach Guida nadawały im groźny połysk. Rwała mu się dusza, cierpienie wydawało się nieznośne. Nie rozumiał jednak w pełni jego istoty. Czuł tylko, jak każdy inny nauczyciel śpiewu, że pragnie zapalonych, utalentowanych uczniów, przed którymi mógłby odkryć cały swój geniusz. Słyszał już, jak tym nieznanym śpiewakom udaje się tchnąć życie w jego arie. To oni muszą pokazać jego muzykę na scenie, dać ją całemu światu, tylko oni mogą pozwolić Guidowi Maffeo wykorzystać jedyną szansę zyskania nieśmiertelności, jaka została mu dana. Ale czuł też nieznośną samotność. Czuł się tak, jakby jego własny głos był kochankiem, który go porzucił. Daleko w dole gondole sunęły po zielonej wodzie jak strąki grochu. Barka posuwała się wolno ku lagunie. Na jej pokładzie grała pogodnie niewielka orkiestra, a poręcze oplatały róże i lilie. Małe postacie migały i obracały się, wchodząc pod baldachim z białego jedwabiu, i wydawało się, że w górę wzlatuje stłumiony śmiech. - Błagałem, by pozwolił mi ją poślubić! Błagałem na kolanach! Wiesz, co odpowiedział? Drwił, że pochodzi ze szlachty ze stałego lądu, nie ma posagu, jest sierotą. On wybierze mi żonę! I wybrał przeżytą sekutnicę, ze względu na jej bogactwo, majątek; dlatego że mnie nienawidził! 'Ojcze', błagałem, 'idź do Piety, popatrz na nią'. Tutaj klęczałem, zaklinając go. A gdy stało się najgorsze, gdy mnie odesłał, sam, wybrał ją za żonę! Tę szlachciankę ze stałego lądu, bez posagu, sierotę- i ożenił się z nią! Kupił jej miejsce w Złotej Księdze! Mógł to zrobić dla mnie! Dla mnie! Ale odmówił! I wygnawszy mnie, wziął ją dla siebie, słyszysz? Płacz, tak, płacz, braciszku! Płacz nad nią i nade mną! Nad naszą nierozważną miłością, nad niemiłymi przygodami, które tak szybko nas spotkały, nad tym, jak za to obydwoje zapłaciliśmy! Patrzył na młodzieńca, który niemalże dorównywał mu wzrostem. Zdał sobie sprawę, że prawdą było przypuszczenie, które zrodziło się w nim, gdy tylko usłyszał głos dochodzący z chóru: to był ten arystokrata-wagabunda przemierzający nocą ulice; ciemnooki chłopak o jasnej cerze i twarzy wyrzeźbionej z najczystszego marmuru. Był szczupły, elegancki, przypominał ciemne postacie Botticellego. Bez wyniosłości, której Guido spodziewał się po wszystkich arystokratach, kłaniał się swym nauczycielom- jakby nie byli jego podwładnymi. Ale ten głos, ten głos, który zdawał się unosić wraz z mgłą, sprawiał mu ból! Po raz pierwszy w życiu słyszał głos, którego nie potrafił zidentyfikować. Należał do mężczyzny, kobiety czy dziecka? Koloratura była tak lekka, zmienna, że mógł wydobywać się z kobiecego gardła. Ale nie. Było w nim coś ostrego, niesprecyzowanego, charakterystycznego dla męskich głosów. I był młody, bardzo młody. Ale komu chciałoby się tak wyćwiczyć jakiegoś chłopca? Kto wyjawiłby mu tyle sekretów? Bezbłędnie ciągnął nutę, wplatając ją w akompaniament skrzypiec, wznosząc ponad ich dźwięk, obniżając i z łatwością wyposażając ją w ozdobniki. Nie brzmiały w nim instrumenty dęte, a raczej drewniane, przypominał bardziej ciemne brzmienie skrzypiec niż płaski dźwięk trąbki. W Rzymie pełno jest posągów trzy-, czterokrotnie większych od normalnego człowieka. Wydaje się, że wyrastają w każdym najmniejszym zakątku miasta, przy murach i nad bramami, górując nad nieskończoną rozmaitością fontann. I chociaż nie zwróciłoby się na nie większej uwagi w kościele czy ogromnym pałacu, jeśli ujrzy się je niespodziewanie w jakimś niewielkim miejscu, wrażenie jest często wstrząsające. W takiej chwili ogarnia człowieka poczucie groteskowości. W podobnym otoczeniu posągi wyglądają jak olbrzymy i wydają się tak rzeczywiste, jakby miały nagle zacząć oddychać, a potem wyciągnąć jedną z potężnych dłoni i gnieść wszystkich dookoła. Szczegóły statuy zapadają w pamięć. Człowiek zauważa poruszające się pod marmurem mięśnie, żyły na grzbietach dłoni, karb na paznokciu. Ale całość wydaje się potworna. To straszniejsze niż gdyby obdarto mnie z ubrania, a jednak poruszam się, stawiam jedną stopę przed drugą i wydaje się, że świat złożony jest z ludzi, którzy całymi ławami pchają się, by lepiej widzieć, a głosy chłopców unoszą się, splatają, po raz pierwszy brzmią tak pięknie, tak pewnie, te głosy wznoszą się coraz wyżej w powietrze, rozgłaszają to, i każdy, kto na nas spojrzy, wie, wie dokładnie, bez względu na czerwoną szarfę czy jej brak, kim jestem. Spróbuj sobie wyobrazić, że życie ciągle jest możliwe do przeżycia, że jest nawet... nawet przyjemne. I że jeśli byś tego zapragnął, mógłbyś, być może, podejść do tego wciąż jeszcze otwartego instrumentu i siedząc przy nim, złożywszy palce na klawiszach, mógłbyś, gdybyś chciał, zaśpiewać. Śpiewałbyś o smutku, bólu, niewypowiedzianym bólu, ale mógłbyś to robić. Mógłbyś właściwie robić, cokolwiek byś chciał, gdyż wszystko, co cię od tego powstrzymuje, opadłoby jak łuska z twego ciała. Ciała, które należy do człowieka; chociaż przez jakąś nieludzką niesprawiedliwość stało się potworne, teraz jednak może już powrócić do swej prawdziwej postaci. - Wydaje ci się, że nie wiem, co ci się przydarzyło? Że nie oglądałem po wielokroć tego samego? Tonio spostrzegł, że za rosnącymi przed nim na wpół martwymi drzewami zaczyna się podnóże ogromnego stożka. Był już prawie na szczycie Wezuwiusza. Wbił palce w ziemię. Odpadała, miał jej pełne garście, żwir i kamyczki wpadały mu do ust, aż nagle poczuł, że całe podłoże porusza się! Ziemia się wybrzuszyła. Ogłuszył go potworny ryk. Dym i popiół wirowały w oślepiającym słupie światła, w którego blasku ukazała się stromizna wysokiego, jałowego stożka wznoszącego się ku niebu. Tonio znów ruszył w przód. Szukał po omacku drzewa, które stało zaledwie kilka jardów dalej, jak ostatni powykręcany, umęczony wartownik. Jeszcze raz poczuł, jak ziemia wyrzuca go w górę, a samo drzewo rozpadło się na pół z potwornym trzaskiem. Jedna jego połowa poleciała na prawo i rozbiła się z ogłuszającym łoskotem. Z otwierających się dookoła szczelin unosiła się gorąca para. Tonio z desperacją zaczął zsuwać się w tył. Poślizgnął się. Do ust dostała mu się ziemia, zwiędłe liście przyklejały się do powiek. Tak oślepiony, dostrzegał wciąż czerwony blask, jakby coś eksplodowało. Z całej siły przywarł do gruntu, który unosił się razem z nim w górę, przewrócił go na bok. Ale Tonio leżał nieruchomo. Załamał się, słysząc jeszcze jeden rozdzierający powietrze ryk. Chociaż jego gardło wydawało z siebie konwulsyjne okrzyki, chociaż palce wpijały sią w rumowisko kamieni, Tonio nie słyszał żadnego wydawanego przez siebie dźwięku, nie czuł własnego życia. Stał się częścią góry i wzburzonego kotła w jej wnętrzu. To, co mu się przydarzyło, całkowicie go przytłoczyło. Jednak nie był w stanie tego objąć ani wyjść poza to zdarzenie, którego wszystkie aspekty gnębiły go jak brzęczące pszczoły z piekła rodem, wysłane, by pozbawić go zdrowych zmysłów. I prawie im się to udało. Targany nienawiścią, opłakując mężczyznę, którym nigdy nie będzie, wymierzał ciosy wszystkim dookoła, nawet samemu sobie, bez celu, bez nadziei, nie naprawiając nic i nie pokonując nikogo. Miał to już za sobą. Wszystko się zmieniło. Nie był jednak całkowicie pewien, dlaczego. Tonio Treschi był tym pół-mężczyzną, mniej niż mężczyzną, który wzbudzał pogardę każdego normalnego mężczyzny. Tonio Treschi był czymś strasznym, żałosnym, co dręczyło kobiety i niezmiernie niepokoiło mężczyzn, celem żartów i wiecznego napastowania, nieuniknionym złem kościelnych chórów i operowej sceny, czymś, co pozbawione sztuczek, wdzięku i wznoszącej się wysoko muzyki było po prostu monstrualne. Przez całe życie będzie słyszał za plecami szepty i oglądał pogardliwe uśmiechy, uniesione brwi, kpiące, wyrafinowane gesty! Jakże dobrze rozumiał wściekłość dumnego śpiewaka Caffarellego stojącego w światłach rampy, patrzącego z gniewem na Wenecjan, którzy przyszli obejrzeć go jak dworską małpę wykonującą wokalne akrobacje. Będzie śpiewał. Zrobi to dla siebie, ponieważ tego pragnie, bez względu na to, czy jest to jedyna rzecz, jaką może robić eunuch, czy nie. Nie miało znaczenia, iż taki właśnie los przeznaczył mu brat i jego towarzysze. Zrobi to, ponieważ uwielbia, chce tego, a jego głos jest jedyną rzeczą, jaka mu jeszcze została z tych, które kiedyś kochał. Cała wspaniała ironia losu! Teraz głos nigdy go nie opuści, nigdy się nie zmieni. Miał wrażenie, że jego złość uformowała się w bańkę, która tego popołudnia w pewnej chwili pękła. Jej ścianki opadły jak płatki otulające pąk, a ze środka wyłonił się ogromny kwiat. Kwiatem tym była hipnotyczna siła nut, które wykonywał Tonio, dryfowanie wraz z nimi, łagodna, senna świadomość, że za każdym razem, gdy raz jeszcze zaczynał pracę nad Accentus, zmagał się z jakimś nowym, fascynującym aspektem tego zadania. Nim minął tydzień tych ćwiczeń, Tonio stracił rachubę różnych problemów, które rozwiązał; wiedział tylko, że jego głos całkowicie się zmienia. Raz po raz Guido wytykał mu, że śpiewa do, re i mi z większym uczuciem niż pozostałe tony. Czyżby je bardziej pokochał? Musi mieć ten sam stosunek do wszystkich. Guido powtarzał też wciąż 'Legato', kazał łączyć dźwięki powoli, doskonale. Siła głosu nie miała znaczenia. Nie chodziło też o wyrażanie uczuć. Jednak każdy ton musiał być piękny. Nie wystarczy zaśpiewanie tonu o idealnej wysokości (kilka razy niemalże niechętnie oznajmił Toniowi, że ma on dar wykonywania dźwięków o idealnej wysokości, chłopak jednak od dawna wiedział o tym od Alessandra), każdy ton musi być sam w sobie cudny jak kropla złota.
- Tak, chcę od ciebie miłości!- odparł Tonio. -Gotów jestem prosić o nią na kolanach. Jesteś moim nauczycielem! Ty dajesz mi wskazówki, kształtujesz mnie, słyszysz mój głos, jak nikt inny. Starasz się usilnie uczynić go tak dobrym, jak mnie samemu nigdy by się to nie udało. Jak możesz pytać, czy pragnę twej miłości? Czy to w ogóle można robić bez uczucia? Czy nie wydaje ci się możliwe, że jeśli okazałbyś mi choć odrobinę ciepła, otworzyłbym się przed tobą jak wiosenne kwiaty i starałbym się tak, że moje wcześniejsze postępy wydałyby ci się niczym?! Opera ciągle się jednak zmieniała. Długie, nudne recytatywy, które posuwały akcję naprzód, podając publiczności wszystkie potrzebne informacje, stawały się o wiele żywsze niż te nużące przerwy między ariami. Nowością była też opera komiczna. Poza tym ludzie chcieli słuchać oper w języku ojczystym, a nie tylko w klasycznym języku włoskim. W miejsce recytatywów bez akompaniamentu pojawiało się też coraz więcej recytatywów wygłaszanych z towarzyszeniem orkiestry.
- Masz jednak jeszcze coś, Tonio, coś więcej niż głos- rzekł. -Śpiewacy, którym tego brakuje, na ogół nie są w stanie nic osiągnąć, a tym, którzy dysponują tą siłą, brakuje twojej czystości i siły głosu. Jest w tobie jakaś tajemnicza moc obezwładniająca słuchających cię ludzi i rozpalająca ich tak, że koncentrują się wyłącznie na tobie. Chwilami pochwały, jakimi go obdarzano, wywoływały gniew; przypominał mu się jakiś stary mężczyzna w pokoju na strychu, mężczyzna potępiający świat, w którym o wszystkim decydował dobry smak. To dobry smak sprawiał, że taka sylwetka, jaką cieszył się Tonio, była w modzie. To dobry smak kazał kobietom składać mu hołdy i dowody uwielbienia, podczas gdy Tonio widział w lustrze tylko całkowitą ruinę Bożego dzieła. Przerażające było obserwować, jak cały plan stworzenia sypie się w gruzy. Zastanawiał się czasem, czy ludzie poważnie chorzy nie odczuwają tego samego, kiedy tracą czucie w kończynach albo gdy z powodu jakiejś gorączki wypadają im włosy. Ciężko chorzy pociągali go; interesowały go wybryki natury, liliputy i karły, które widział czasem występujące na małych scenach w mieście, kaleki, para zrośniętych biodrami istot, które siedząc na jednym krześle, śmiały się i piły wino. Takie stworzenia przyciągały go i dręczyły. Uważał się za jedno z nich, ukryte pod wspaniałym przebraniem z brokatu i koronek. - Honor, honor. -Guido ze znużeniem odwrócił się, by spojrzeć mu w twarz. -Jeśli nie ma w nim żadnego sensu ani mądrości, to czymże jest honor? Cóż znaczy? Na czym polega dyshonor ofiarowania temu mężczyźnie tego, o co prosi, skoro w najmniejszym stopniu na tym nie ucierpisz? Jesteś jak wspaniałe danie, którym pragnie się nasycić raz, może dwa, póki przebywasz pod jego dachem. Czy zmieni cię to w jakikolwiek sposób? Mógłbyś się bronić, gdybyś był młodą dziewicą, wtedy jednak nigdy by tego od ciebie nie zażądał. To święty człowiek. A gdybyś był mężczyzną, jakże wstydziłbyś się, musząc przyznać, że z ochotą spełnisz jego prośbę. Mógłbyś twierdzić, że czujesz do tego awersję, bez względu na to, czy byłoby to prawdą. Nie należysz jednak do żadnej płci i jesteś wolny, Tonio, wolny. Są mężczyźni i kobiety, którzy przez całe życie co noc marzą o takiej wolności! A ty odrzucasz ją, chociaż jest dla ciebie naturalna. A on, on jest przecież, na miłość boską, kardynałem! Czy to, co dał ci Bóg, jest aż tak cenne, że musisz oszczędzać to dla kogoś lepszego niż kardynał Calvino? Głos Bettichina wzniósł się z niesamowitą siłą. Zakończywszy drugą część, przystąpił do powtórki pierwszej, tak bowiem wyglądała standardowa forma każdej arii, po czym, jak było to przyjęte, zaczął ją upiększać, powoli, lecz z coraz większą fanfaronadą, nie ukazując jednak swej prawdziwej siły, którą- jak wiedział Guido- pochwali się później. Jednak wzlatując ku ostatniej nucie, zaczął wspaniale wzmacniać ją i przyciszać, śpiewał coraz głośniej i głośniej, wykonując całość na jednym, długim oddechu, aż widownia całkowicie zamilkła. Nieruchomy śpiewak bez najmniejszej oznaki wysiłku posyłał w powietrze niekończący się strumień dźwięków, a kiedy zaczął go przyciszać i widzom wydawało się, że musi skończyć, bo inaczej umrze, Bettichino raz jeszcze wzmocnił nutę, śpiewając ją jeszcze wyżej i głośniej, po czym nagle przerwał. Kryształowo czysta, iskrząca się nuta stawała się coraz mocniejsza, aż wreszcie Tonio, wciąż wykonując tryl, zaczął ją wyciszać. Wykonywał naraz, po mistrzowsku, oba wyczyny Bettichina i ciągnął tę nutę coraz dłużej, w nieskończoność. Guido sam nie był już w stanie oddychać, a włosy zjeżyły mu się na karku, gdy Tonio lekko uniósł głowę, by bez żadnej przerwy wznieść się w swym najwspanialszym pasażu, coraz wyżej i wyżej, póki nie doszedł do tej samej, tyle że o całą oktawę wyższej nuty.
Bardzo wolno wzmacniał ją i przyciszał, wypuszczał z gardła ten pulsujący dźwięk, a chociaż sięgał kresu tego, co osiągnąć może ludzki głos, nuta była gładka i miękka jak najpiękniejsze westchnienie żalu, przedłużane tak długo, że stawało się nieznośne. Trwał rzymski karnawał, a wraz z nim nadeszły ostatnie, najbardziej szalone noce w operze. Wąska Via del Corso była od świtu do zmroku zapchana przebranymi w kostiumy ludźmi, a po obu stronach ulicy zbudowano platformy, które pełne teraz były widzów w maskach. Zaułkami wlokły się bogato zdobione powozy znanych rodów, wioząc fantastycznie przebranych Indian, sułtanów, bogów i boginki. Na wielkiej platformie rodziny Lamberti przedstawiono narodziny Wenus z morskiej piany- sama hrabina przystrojona w girlandy kwiatów stała na wielkiej muszli z papier-mache. Za nią nadciągnęły przesuwające się cal po calu karoce, z których postacie w maskach sypały dookoła konfetti migdałów w cukrze. Wszędzie wokół paradowali mężczyźni przebrani za kobiety, panie w męskich strojach i mnóstwo anonimowych ludzi ubranych jak książęta, marynarze czy bohaterowie komedii dell'arte. Te same stare motywy, to samo szaleństwo... Największym złem tego świata jest to, że tysiące krzywd dotykają ludzi bez skazy, nikogo nigdy nie spotyka kara, a najwspanialsze obietnice współistnieją z cierpieniem i nędzą. Dzieci kaleczone, by stworzyć chór serafinów, których pieśń jest krzykiem ulatującym w niesłyszące niebiosa. - Krzywda, którą mi wyrządzono, kogoś innego zmusiłaby do zemsty już wiele lat temu- szeptał Tonio. -Teraz wiem, że to szczęście kazało mi powstrzymać się od wykonania mego zadania. Nie czułem odrazy do mego życia; kochałem je. Głos był dla mnie nie tylko bożym darem, ale i radością, a wszyscy otaczający mnie ludzie również dostarczali mi radości, chociaż zgadzam się, że było w tym także pożądanie i namiętność. Nie mogę temu zaprzeczyć. Ale naprawdę żyję i czasem czuję się jak kielich wody rozświetlony promieniami słońca, który wybucha jasnością i wreszcie sam zmienia się w światło. Nawet za zasłoną drobnego deszczu to miasto wydawało się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Zdawało się raczej rzucającym wyzwanie rozsądkowi snem o mieście, którego starodawne pałace wyrastały z powierzchni ołowianej wody smaganej ulewą, by stworzyć jeden wielki, wspaniały, niekończący się miraż. Słońce wylewało się przez poszarpane, obramowane srebrem chmury, pod szybującymi mewami wyrastały ostre maszty okrętów, a chorągwie, wybuchające kolorami na tle błyszczącego nieba, łopotały i trzepotały. Usiłując zwalczyć wizję pokoju żałobnego, od której nie był w stanie się. uwolnić przez kilka ostatnich tygodni, ujrzał idącą ku niemu przez piazzę niezwykle realną postać spowitej w żałobę kobiety, którą w ciągu tych ostatnich zapijaczonych, wojowniczych, gorzkich dni widywał raz po raz na calli i riva. |