Krzyk w Niebiosa: cytaty

tłum. Agnieszka Rzepa


Chóry kościelne, dworskie orkiestry i opery całego świata poszukiwały włoskich muzyków. Ale świat wielbił tylko sopranistów. To o nich wiedli spory królowie, to na ich widok publiczność wstrzymywała oddech. To śpiewak nadawał operze prawdziwy sens. Nicolino, Cortono, Ferreri pamiętani byli jeszcze długo po tym, kiedy ci, którzy dla nich komponowali, odeszli w zapomnienie. A w małym światku konserwatorium Guido należał do grupy uprzywilejowanych wybrańców, których lepiej żywiono, ubierano, umieszczano w cieplejszych pokojach, pielęgnując ich niezwykły talent.

[Kastraci w XVIII w.]


Wyrósł więc na młodego śpiewaka o niezłej prezencji, niepokojąco przy tym powabnego dzięki łatwo zauważalnym cechom szczególnym. Przez całe życie miał słyszeć, jak mówiono: 'Jakiż on brzydki' lub 'Skąd, jest uroczy!' Nie zdawał sobie sprawy tylko z tego, jak groźne jest jego spojrzenie. Był potomkiem ludzi brutalniejszych niż zwierzęta, którymi się opiekowali, i sam też wyglądał jak ktoś, kto nie zawaha się przed niczym. W oczach, płaskim nosie, lubieżnych ustach, w całej twarzy Guida był gniew. Nie zdając sobie z tego sprawy, osłonił się nim jak tarczą ochronną. Nikt nie próbował go napastować. Był jednak powszechnie lubiany. Normalni chłopcy czuli do niego taką samą sympatię jak kastraci. Skrzypkowie przepadali za nim, bo każdy z nich go fascynował, pisał też dla nich wspaniałe utwory. Zaczął być znany jako ciche, poważne, delikatne niedźwiedziątko, którego nie można się było bać, jeśli się je znało.

[opis Guida]


Wszystkie marmurowe kolumny otoczone były wieńcami świec, pochodnie gorzały w lichtarzach, podsycane podmuchami powietrza z otwartych drzwi. Z olbrzymich kopuł patrzyły na niego anioły i święci, wszędzie dokoła łuki, ściany, sklepienia pulsowały niezliczoną ilością złotych iskier. Zapragnął, żeby matka wzięła go w ramiona, i bez słowa zaczął się wdrapywać na nią jak na drzewo. Pod jego ciężarem zatoczyła się ze śmiechem w tył.
(...)
Niespodziewanie i jakby znikąd wybuchnęły potężnym śpiewem wysokie, czyste głosy. Tonio poczuł, jak coś ściska go za gardło. Przez sekundę siedział sztywny, tak zaskoczony pieśnią, że nie mógł się poruszyć. Potem zaczął się wiercić, wzniósł oczy do góry, tak że przez chwilę świece oślepiły go.(...)
Śpiew rozbrzmiewał dźwięczniej, pełniej. Przychodził falami z obu stron ogromnej nawy. Tonio niemalże widział splatające się melodie: dużą złotą siatkę zarzuconą na pluskające morze w drgających promieniach słońca. Nawet powietrze było muzyką. I wreszcie, tuż nad sobą, ujrzał śpiewaków. Stali na wielkich galeriach po obu stronach kościoła; mieli otwarte usta, ich twarze błyszczały w świetle. Wyglądali jak anioły na mozaikach. Tonio błyskawicznie zsunął się na ziemię. Czuł dotyk ręki matki, która próbowała go złapać. Szedł szybko pośród otaczających go spódnic i peleryn, przez woń perfum i zimowe powietrze, aż zobaczył otwarte drzwi, a za nimi schody. Kiedy piął się w górę, ściany dookoła niego wydawały się pulsować akordami muzyki organów, aż nagle stanął w cieple galerii, wśród tych wysokich śpiewaków.
Zapanowało poruszenie. Tonio był już przy samej barierce i patrzył w oczy olbrzymowi, z którego ust płynął głos tak czysty i złoty, jak dźwięk trąbki. Mężczyzna śpiewał tylko jedno słowo: 'Alleluja', brzmiące niczym szczególny apel, wezwanie. Pozostali podjęli nagle jego wołanie i powtarzali je raz po raz; ich głosy nakładały się na siebie, a chór po przeciwnej stronie kościoła odpowiedział im jeszcze donośniej.
Tonio otworzył usta i wraz z wysokim chórzystą zaśpiewał'Alleluja'. Ręka mężczyzny zacisnęła się przyjaźnie na jego ramieniu, a on sam kiwał głową i, nie wypowiadając ani słowa, mówił swoimi dużymi, brązowymi, jakby zaspanymi oczami:
-Tak, śpiewaj!- Tonio poczuł przez szatę jego szczupły bok, a tuż potem ramię, obejmujące go w pasie i podnoszące w górę.

[mały Tonio w bazylice św. Marka]


Wychowała się na muzyce. Osierocona tuż po urodzeniu, została umieszczona w Ospedale delia Pietá, jednym z czterech sławnych klasztornych konserwatoriów Wenecji, którego chór i orkiestra, składające się wyłącznie z dziewcząt, zadziwiały Europę. Kiedy była małą dziewczynką, tamtejszym Maestro di Capella był nie kto inny, jak sam Antonio Vivaldi. Uczył ją śpiewać i grać na skrzypcach, gdy miała zaledwie sześć lat. Już wtedy ujawnił się niezwykły talent Marianny. W jej pokoju leżały stosy nut utworów Vivaldiego. Były tam wokalizy dla dziewczynek zapisane jego własną ręką. Zawsze posyłała po partytury jego najnowszych oper.
Od chwili, kiedy dostrzegła, że Tonio odziedziczył jej talent wokalny, obdarzyła go desperacką, gorzką miłością. To ona nauczyła go pierwszych pieśni; uczyła grać i śpiewać ze słuchu wszystko i to tak, że nauczyciele mogli się tylko dziwić. Czasem mówiła: 'Gdybyś urodził się bez słuchu muzycznego, utopiłabym cię. Albo siebie'
(...)
Cóż można zrobić z kobietą, która coraz częściej ceni butelkę wina wyżej od światła dnia? Choroba! Melancholia! Tak to nazywano. Zanim Tonio skończył czternaście lat, Marianna już zawsze wstawała z łóżka późnym popołudniem. Często była 'zbyt zmęczona', by śpiewać, z czego się cieszył, bo nie mógł znieść widoku niepewnego kroku, którym poruszała się po pokoju. Przeważnie była na tyle rozsądna, że zostawała w łóżku. Leżała z wychudzoną twarzą, z wytrzeszczonymi, błyszczącymi oczami, wsparta o białe poduszki i słuchała każdego koncertu, jaki dla niej przygotował. Kiedy nadchodził zmierzch, robiła się już kłótliwa i dziwaczna.

[Marianna]


- To niemożliwe. Nieprawdopodobne- szepnął Tonio. Jednak im bliżej podchodził, tym silniejsze stawało się wrażenie asymetrii. Lewa część szaty Andrei miała inny kolor! Zaś ciemność między jego ramieniem, a ręką Philippa była jakby niejednolita.
Ostrożnie, niemalże niechętnie Tonio uniósł świecę i wspiął się na palce, by spojrzeć wprost na obraz. Przez czerń bez wątpienia prześwitywała, jakby zerkając przez zasłonę, postać młodzieńca, który wyglądał dokładnie tak jak on. Niemalże krzyknął. Drżenie nóg zmusiło go do przykucnięcia, musiał się nawet oprzeć o ścianę palcami lewej dłoni. Potem znów zmrużył oczy i dojrzał postać przezierającą przez farbę, jak często zdarza się w obrazach olejnych, które zamalowano. Przez całe lata nic nie widać. Potem sylwetka, wyglądająca niemalże jak upiór, zaczyna ukazywać się na powierzchni.

[Tonio widzi zamalowany portret Carla]


Gondola była wyłożona niebieskim aksamitem i ozdobiona girlandami kwiatów. Pojedyncze długie wiosło zostało ozłocone. Bruno, ubrany w jaskrawy błękitny mundur, skierował łódź na wodę, między gondole innych znamienitych rodzin, podążających w tym samym kierunku. Podskakując na falach za płynącymi przed nimi setkami ludzi, kierowali się z prądem do ujścia kanału, w stronę piazzetty.
Gondole kołysały się w przód i w tył, starając się utrzymać swe miejsce w kolejce czekających.
-Jest tam- szepnął Alessandro i wskazał na zakotwiczone, błyszczące i lśniące Bucintoro. Ta wspaniała, złoto-purpurowa galera dźwigała tron doży i mnóstwo złoconych posągów. Tonio podniósł matkę, obejmując jej wiotką kibić, by mogła lepiej widzieć i, podniósłszy wzrok, uśmiechnął się na widok bezgłośnego zdziwienia Alessandra.
Sam nie mógł powstrzymać ekscytacji. Pomyślał, że do końca życia zapamięta chwilę, kiedy w powietrze wzleciał przenikliwy, wspaniały dźwięk trąb i piszczałek oznajmiających, iż doża jest przenoszony z pałacu.
Morze było pełne kwiatów; dokoła, na załamujących się falach, unosiły się płatki, sprawiające wrażenie, że woda zmieniła się w ląd. Najpotężniejsi sędziowie odpływali w złoconych łodziach, za nimi podążali ambasadorowie i nuncjusz papieski. Wielkie okręty wojenne i kupieckie, pokrywające całą lagunę, oddały salwę honorową i rozwinęły flagi.
Wreszcie cała patrycjuszowska flota ruszyła w kierunku latarni morskiej na Lido. Okrzyki, machanie, rozmowy, śmiech: wszystko to zlewało się w uszach Tonia w jeden wspaniały ryk. Nic jednak nie mogło się równać z okrzykiem, który rozległ się, gdy doża wrzucił w morze pierścień. Biły wszystkie dzwony wyspy, grzmiały trąby, tysiące ludzi wiwatowało pełną piersią.
Całe miasto zdawało się unosić na wodzie i wydawać jeden zbiorowy krzyk, po czym wszystko zamilkło, a łodzie powracały do miasta wybranymi trasami, ciągnąc za sobą kanałami długie treny jedwabiu i atłasu. Chaotyczny, szalony, olśniewający odwrót.

[Senza - parada Doży w Wenecji]


Piazza była teraz tak zatłoczona, że ledwo mogli się ruszyć. Dookoła powyrastały platformy, na których pokazywali swoje sztuczki kuglarze i mimowie, w klatkach warczały dzikie zwierzęta, a poskramiacze strzelali z batów.
Tonio miał wrażenie, że raz po raz wpadają w żywy strumień, który niesie ich bezwolnie w stronę przepełnionych kawiarni lub unosi poza portyki. Gdzieniegdzie łapczywie pili brandy i kawę; czasem siadali ciężko na jakimś stole, żeby odpocząć. Własne głosy, dobiegające spoza masek, wydawały im się dziwne. Wszędzie pojawiali się ludzie w ekstrawaganckich kostiumach. Hiszpanie, Cyganki, Indianie z dzikich ostępów Ameryki Północnej, żebracy w aksamitnych łachmanach, młodzi mężczyźni przebrani za kobiety o pomalowanych twarzach, z dużymi perukami na głowach, kobiety w męskich strojach, niezwykle ponętne w jedwabnych spodniach i obcisłych pończochach.

[Karnawał w Wenecji]


Kiedy jednak podniosła się kurtyna, z wszystkich ust wyrwały się okrzyki. Na tle bezkresnego błękitu nieba, usianego migoczącymi czarodziejsko gwiazdami, stały złocone portyki i łuki. Chmury zasłoniły gwiazdy, a wznosząca się w nagłej ciszy muzyka, wydawała się sięgać sufitu. Kompozytor uderzał w klawisze, jego upudrowane loki powiewały, a tymczasem na scenie pojawiły się wspaniale ubrane kobiety i mężczyźni, którzy rozpoczęli sztywny, lecz konieczny recytatyw, stanowiący wprowadzenie do znanej dobrze i całkowicie niedorzecznej treści opery. Ktoś był w przebraniu, kogoś innego porwano, pobito. Ktoś oszaleje. Odbędzie się bitwa między niedźwiedziem a potworem morskim, po czym bohaterka znajdzie sposób, by wrócić do męża, który myśli, że jest martwa.
(...)
W tym momencie pojawiła się na scenie wysoka, majestatyczna postać wielkiego Caffarellego.
Niektórzy twierdzili z przekonaniem, że ten uczeń Porpory był największym śpiewakiem na świecie. Kiedy podchodził do rampy w swej ogromnej peruce i powiewającej, karminowej pelerynie, wyglądał raczej jak bóg niż król, którego grał. Pozwalał wszystkim sycić się widokiem swej delikatnej, przystojnej postaci. Potem odrzucił głowę w tył. Zaczął śpiewać, a na dźwięk potężnej, kolejno wzmacnianej i przyciszanej nuty, w operze zapadła cisza. Toniowi zaparło dech w piersiach.
Siedzący obok niego gondolierzy wydawali ciche jęki i okrzyki przyjemnego zaskoczenia.
Nuta stawała się to głośniejsza, to cichsza, wzlatywała ku niebu, jakby nawet sam kastrat nie mógł jej zatrzymać. Kiedy tego dokonał, od razu zaczął arię, sprawiając wrażenie, jakby nie musiał zaczerpnąć przedtem oddechu, a orkiestra spieszyła się, by za nim nadążyć.
Miał niewiarygodny głos, który wprawdzie nie był przenikliwy, lecz miał w sobie jakąś gwałtowność. Zdawało się, że nim skończył, niemalże doskonałe rysy jego twarzy wykrzywiła wściekłość.
Chociaż otoczone białymi lokami oblicze Caffarellego zostało pomalowane i upudrowane, choć nadano mu jak najbardziej cywilizowany wygląd, oczy śpiewaka płonęły, gdy kroczył po scenie, kłaniając się obojętnie tym, którzy klaskali i kiwali głowami z lóż. Spoglądał na parter i raz po raz, jakby z cieniem wyrachowania, rzucał spojrzenia na wyższe rzędy.
(...)
Skupiwszy wreszcie na sobie uwagę każdego mężczyzny, kobiety i dziecka w operze, Caffarelli zakończył tę farsę bezbarwną, nosową parodią delikatnej końcówki roli primadonny, po czym z obezwładniającą siłą głosu rozpoczął swą aria di bravura. Tonio osunął się na krzesło i uśmiechnął się szeroko.
A więc wszystkie pochwały były uzasadnione. Głos Caffarellego brzmiał jak żywy instrument, tak potężny i wspaniale nastrojony, że nic nie wytrzymywało porównania z nim. Kiedy śpiewak zamilkł, z każdego zakątka opery rozległy się oklaski. Lojalni obrońcy primadonny usiłowali stłumić ten wybuch entuzjazmu, ale zmuszeni byli mu ulec. Dookoła Tonia rozlegały się okrzyki pochwały:
- Evviva il coltello!
- Evviva il coltello!- wołał z nimi. -Niech żyje nóż!- nóż, który uczynił tego człowieka kastratem, usuwając jego męskość po to, by zachować na zawsze ten wspaniały sopran.

[występ Cafarellego]


Słuchał dźwięków mandoliny spacerującego w pobliżu śpiewaka. I obserwując jak morski błękit nieba ustępuje miękko różowej mgle, czuł, że wino koi jego ból. A jednak właśnie wino pozwalało temu cierpieniu rozkwitać. Łzy błyszczące w oczach Guida nadawały im groźny połysk. Rwała mu się dusza, cierpienie wydawało się nieznośne. Nie rozumiał jednak w pełni jego istoty. Czuł tylko, jak każdy inny nauczyciel śpiewu, że pragnie zapalonych, utalentowanych uczniów, przed którymi mógłby odkryć cały swój geniusz. Słyszał już, jak tym nieznanym śpiewakom udaje się tchnąć życie w jego arie. To oni muszą pokazać jego muzykę na scenie, dać ją całemu światu, tylko oni mogą pozwolić Guidowi Maffeo wykorzystać jedyną szansę zyskania nieśmiertelności, jaka została mu dana. Ale czuł też nieznośną samotność. Czuł się tak, jakby jego własny głos był kochankiem, który go porzucił.

[Guido]


Daleko w dole gondole sunęły po zielonej wodzie jak strąki grochu. Barka posuwała się wolno ku lagunie. Na jej pokładzie grała pogodnie niewielka orkiestra, a poręcze oplatały róże i lilie. Małe postacie migały i obracały się, wchodząc pod baldachim z białego jedwabiu, i wydawało się, że w górę wzlatuje stłumiony śmiech.
- Czasem wydaje mi się, że starzeć się i umierać w Wenecji jest wbrew dobremu smakowi!- powiedział Andrea. -Dobry smak, jakby całe życie nie było niczym więcej- mówił z wściekłością. Zaschło mu w gardle, niemalże rzęził.
-Ty wielka dziwko!- sapał, wpatrując się w dalekie, srebrne kopuły.

[Andrea]


- Błagałem, by pozwolił mi ją poślubić! Błagałem na kolanach! Wiesz, co odpowiedział? Drwił, że pochodzi ze szlachty ze stałego lądu, nie ma posagu, jest sierotą. On wybierze mi żonę! I wybrał przeżytą sekutnicę, ze względu na jej bogactwo, majątek; dlatego że mnie nienawidził! 'Ojcze', błagałem, 'idź do Piety, popatrz na nią'. Tutaj klęczałem, zaklinając go. A gdy stało się najgorsze, gdy mnie odesłał, sam, wybrał ją za żonę! Tę szlachciankę ze stałego lądu, bez posagu, sierotę- i ożenił się z nią! Kupił jej miejsce w Złotej Księdze! Mógł to zrobić dla mnie! Dla mnie! Ale odmówił! I wygnawszy mnie, wziął ją dla siebie, słyszysz? Płacz, tak, płacz, braciszku! Płacz nad nią i nade mną! Nad naszą nierozważną miłością, nad niemiłymi przygodami, które tak szybko nas spotkały, nad tym, jak za to obydwoje zapłaciliśmy!

[Carlo o swojej miłości do Marianny]


Patrzył na młodzieńca, który niemalże dorównywał mu wzrostem. Zdał sobie sprawę, że prawdą było przypuszczenie, które zrodziło się w nim, gdy tylko usłyszał głos dochodzący z chóru: to był ten arystokrata-wagabunda przemierzający nocą ulice; ciemnooki chłopak o jasnej cerze i twarzy wyrzeźbionej z najczystszego marmuru. Był szczupły, elegancki, przypominał ciemne postacie Botticellego. Bez wyniosłości, której Guido spodziewał się po wszystkich arystokratach, kłaniał się swym nauczycielom- jakby nie byli jego podwładnymi.
(...)
Zauważył jednak, że mimo całej uprzejmości na twarzy chłopca maluje się roztargnienie. Zostawiał całe zgromadzenie ze słowami pokornych, lecz obojętnych przeprosin na ustach. Kiedy opuszczał kościół i wzburzonych nauczycieli, przez drzwi wpadł do wnętrza oślepiający blask słońca.

[opis Tonia]


Ale ten głos, ten głos, który zdawał się unosić wraz z mgłą, sprawiał mu ból! Po raz pierwszy w życiu słyszał głos, którego nie potrafił zidentyfikować. Należał do mężczyzny, kobiety czy dziecka? Koloratura była tak lekka, zmienna, że mógł wydobywać się z kobiecego gardła. Ale nie. Było w nim coś ostrego, niesprecyzowanego, charakterystycznego dla męskich głosów. I był młody, bardzo młody. Ale komu chciałoby się tak wyćwiczyć jakiegoś chłopca? Kto wyjawiłby mu tyle sekretów? Bezbłędnie ciągnął nutę, wplatając ją w akompaniament skrzypiec, wznosząc ponad ich dźwięk, obniżając i z łatwością wyposażając ją w ozdobniki. Nie brzmiały w nim instrumenty dęte, a raczej drewniane, przypominał bardziej ciemne brzmienie skrzypiec niż płaski dźwięk trąbki.
Kastrat, to musiał być kastrat!

[głos Tonia]


W Rzymie pełno jest posągów trzy-, czterokrotnie większych od normalnego człowieka. Wydaje się, że wyrastają w każdym najmniejszym zakątku miasta, przy murach i nad bramami, górując nad nieskończoną rozmaitością fontann. I chociaż nie zwróciłoby się na nie większej uwagi w kościele czy ogromnym pałacu, jeśli ujrzy się je niespodziewanie w jakimś niewielkim miejscu, wrażenie jest często wstrząsające. W takiej chwili ogarnia człowieka poczucie groteskowości. W podobnym otoczeniu posągi wyglądają jak olbrzymy i wydają się tak rzeczywiste, jakby miały nagle zacząć oddychać, a potem wyciągnąć jedną z potężnych dłoni i gnieść wszystkich dookoła. Szczegóły statuy zapadają w pamięć. Człowiek zauważa poruszające się pod marmurem mięśnie, żyły na grzbietach dłoni, karb na paznokciu. Ale całość wydaje się potworna.


To straszniejsze niż gdyby obdarto mnie z ubrania, a jednak poruszam się, stawiam jedną stopę przed drugą i wydaje się, że świat złożony jest z ludzi, którzy całymi ławami pchają się, by lepiej widzieć, a głosy chłopców unoszą się, splatają, po raz pierwszy brzmią tak pięknie, tak pewnie, te głosy wznoszą się coraz wyżej w powietrze, rozgłaszają to, i każdy, kto na nas spojrzy, wie, wie dokładnie, bez względu na czerwoną szarfę czy jej brak, kim jestem.
To dzieje się naprawdę, chociaż jest nie do zniesienia. Przywodzi na myśl opisy barbarzyńskich egzekucji- człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie myśli i uczuć tego, który znajduje się w samym środku; który prowadzony wśród tłumu, nie może nawet zasłonić twarzy dłońmi, bo ma je związane za plecami. Cały należysz do otaczającego cię świata, a jednak patrzysz przed siebie, jakby nic takiego się nie działo, zawieszasz spojrzenie na jakiejś chmurze gnanej szybko morską bryzą, spoglądasz na fasadę kościoła.
Kimże są ci Włosi z południa, jeśli nie światem, całym światem!

[przemyślenia Tonia w Neapolu]


Spróbuj sobie wyobrazić, że życie ciągle jest możliwe do przeżycia, że jest nawet... nawet przyjemne. I że jeśli byś tego zapragnął, mógłbyś, być może, podejść do tego wciąż jeszcze otwartego instrumentu i siedząc przy nim, złożywszy palce na klawiszach, mógłbyś, gdybyś chciał, zaśpiewać. Śpiewałbyś o smutku, bólu, niewypowiedzianym bólu, ale mógłbyś to robić. Mógłbyś właściwie robić, cokolwiek byś chciał, gdyż wszystko, co cię od tego powstrzymuje, opadłoby jak łuska z twego ciała. Ciała, które należy do człowieka; chociaż przez jakąś nieludzką niesprawiedliwość stało się potworne, teraz jednak może już powrócić do swej prawdziwej postaci.

[przemyślenia Tonia w Neapolu]


- Wydaje ci się, że nie wiem, co ci się przydarzyło? Że nie oglądałem po wielokroć tego samego?
Tak, tyle że tu cała tragedia tkwi w tym, iż zrobiono to tobie, weneckiemu księciu! Bogatemu, przystojnemu, wchodzącemu w męskość chłopcu, przed którym życie stało otworem i zdawało się składać z samych rozrywek, które gdybyś chciał, mógłbyś zrywać jak owoce z drzewa!
Och, cóż za tragedia!- Zdawał się wypluwać z siebie słowa. -A co znaczyło to dla niego? A dla całej reszty tych chłopców? Czyżby byli zwykłymi potworami, którym w dzieciństwie obcięto coś, czego i tak nie warto było posiadać? Tak ci się wydaje? A ty kim byłeś, kim miałeś ambicje zostać? Pawiem kroczącym dumnie po Broglio w tym próżnym, władczym mieście, które jest zepsute do samej głębi? Rząd złożony z peruk i bogatych szat paradujących przed lustrem, pijany od widoku własnego odbicia i nie mający pojęcia, że poza jego maleńką strefą wpływów świat... tak, świat... wzdycha ciężko i podąża dalej. Cóż pomyślałbyś, moje ty dumne, eleganckie, młode książątko, gdybym ci oznajmił, że ani trochę nie dbam o twoje stracone królestwo, o twoją ślepą, nadętą szlachtę, ponurych mężczyzn i wymalowane dziwki. Leżałem między tymi udami, wypiłem swoją porcję na balu maskowym, w który zmieniliście życie, i powiadam ci, że nie jest on wart nawet pyłu na naszych stopach.
(...)
Ale twój głos! Ach, twój głos, który co noc prześladował mojego ukochanego Guida i doprowadził go do szaleństwa, twój głos to zupełnie inna sprawa! Gdybyś był obdarzony chociaż połową talentu, o jakim mi mówił, gdyby choć częściowo płonął w tobie ten święty ogień, mógłbyś zmienić zwykłych ludzi w karły i potwory! Londyn, Praga, Wiedeń, Drezno, Warszawa- wymień, jakie chcesz miasta. Czy w jakimś zapomnianym zakątku twojego śmierdzącego miasta nie ukryto kuli ziemskiej? Czy wiesz, jak duża jest Europa, czy może nigdy ci o tym nie powiedziano? We wszystkich tych stolicach mogłeś rzucać ludzi na kolana, całe tysiące ludzi, którzy wysłuchaliby twego śpiewu i wynieśli twe nazwisko z oper i kościołów na ulice! Powtarzaliby je sobie jak modlitwę od krańca do krańca kontynentu, mówiliby o tobie, jak mówią o władcach, bohaterach, o nieśmiertelnych.
Oto czym mógł być twój głos, gdybyś tylko pozwolił mu unieść się z tej ruiny, jaką byłeś; gdyby stać cię było na to, by wykuć go z cierpienia, bólu i zwrócić Bogu, który cię nim obdarzył!

[Maestro Cavalla do Tonia]


Tonio spostrzegł, że za rosnącymi przed nim na wpół martwymi drzewami zaczyna się podnóże ogromnego stożka. Był już prawie na szczycie Wezuwiusza. Wbił palce w ziemię. Odpadała, miał jej pełne garście, żwir i kamyczki wpadały mu do ust, aż nagle poczuł, że całe podłoże porusza się! Ziemia się wybrzuszyła. Ogłuszył go potworny ryk. Dym i popiół wirowały w oślepiającym słupie światła, w którego blasku ukazała się stromizna wysokiego, jałowego stożka wznoszącego się ku niebu. Tonio znów ruszył w przód. Szukał po omacku drzewa, które stało zaledwie kilka jardów dalej, jak ostatni powykręcany, umęczony wartownik. Jeszcze raz poczuł, jak ziemia wyrzuca go w górę, a samo drzewo rozpadło się na pół z potwornym trzaskiem. Jedna jego połowa poleciała na prawo i rozbiła się z ogłuszającym łoskotem. Z otwierających się dookoła szczelin unosiła się gorąca para. Tonio z desperacją zaczął zsuwać się w tył. Poślizgnął się. Do ust dostała mu się ziemia, zwiędłe liście przyklejały się do powiek. Tak oślepiony, dostrzegał wciąż czerwony blask, jakby coś eksplodowało. Z całej siły przywarł do gruntu, który unosił się razem z nim w górę, przewrócił go na bok. Ale Tonio leżał nieruchomo. Załamał się, słysząc jeszcze jeden rozdzierający powietrze ryk. Chociaż jego gardło wydawało z siebie konwulsyjne okrzyki, chociaż palce wpijały sią w rumowisko kamieni, Tonio nie słyszał żadnego wydawanego przez siebie dźwięku, nie czuł własnego życia. Stał się częścią góry i wzburzonego kotła w jej wnętrzu.

[wspinaczka Tonia na Wezuwiusza]


To, co mu się przydarzyło, całkowicie go przytłoczyło. Jednak nie był w stanie tego objąć ani wyjść poza to zdarzenie, którego wszystkie aspekty gnębiły go jak brzęczące pszczoły z piekła rodem, wysłane, by pozbawić go zdrowych zmysłów. I prawie im się to udało. Targany nienawiścią, opłakując mężczyznę, którym nigdy nie będzie, wymierzał ciosy wszystkim dookoła, nawet samemu sobie, bez celu, bez nadziei, nie naprawiając nic i nie pokonując nikogo. Miał to już za sobą. Wszystko się zmieniło. Nie był jednak całkowicie pewien, dlaczego.
Podczas nocy, w czasie której leżał na Wezuwiuszu, poruszając się tylko wtedy, gdy góra zdecydowała się nim poruszyć, przeżył wszystko, co najstraszniejsze. Teraz miał to już za sobą. Najważniejsza była w całej tej zmianie świadomość- nie będąca wynikiem ataku gniewu czy bólu, ale rozmyślań dokonywanych na zimno, w czasie niebezpieczeństwa- że jest teraz całkowicie sam. Nie ma nikogo. Zło, które wyrządził mu Carlo, było nieodwracalne. To zło oddzieliło Tonia od wszystkich, których kochał. Całkowicie. Taki, jakim jest teraz, nigdy nie będzie mógł żyć pośród krewnych czy przyjaciół. Ich współczucie i przerażenie po prostu zniszczyłyby go.
Nawet gdyby nie wygnano go z Wenecji, który to nieodwracalny fakt napełniał go rozdzierającym poczuciem poniżenia, nigdy nie mógłby tam wrócić. Wenecja i wszyscy, których znał i kochał, byli dla niego straceni.

[przemyślenia Tonia]


Tonio Treschi był tym pół-mężczyzną, mniej niż mężczyzną, który wzbudzał pogardę każdego normalnego mężczyzny. Tonio Treschi był czymś strasznym, żałosnym, co dręczyło kobiety i niezmiernie niepokoiło mężczyzn, celem żartów i wiecznego napastowania, nieuniknionym złem kościelnych chórów i operowej sceny, czymś, co pozbawione sztuczek, wdzięku i wznoszącej się wysoko muzyki było po prostu monstrualne. Przez całe życie będzie słyszał za plecami szepty i oglądał pogardliwe uśmiechy, uniesione brwi, kpiące, wyrafinowane gesty! Jakże dobrze rozumiał wściekłość dumnego śpiewaka Caffarellego stojącego w światłach rampy, patrzącego z gniewem na Wenecjan, którzy przyszli obejrzeć go jak dworską małpę wykonującą wokalne akrobacje.
Już zamknięty w konserwatorium, którego trzymał się jak więzień-rozbitek, przywierający na obcych wodach do resztek okrętu, widział nienawiść do samych siebie u tych wykastrowanych chłopców, którzy naigrawaniem się próbowali go zmusić, by dzielił ich poniżenie. Wślizgując się nocą do jego pokoju syczeli w ciemności z niezwykłym okrucieństwem: 'Jesteś taki sam, jak my!'

[przemyślenia Tonia]


Będzie śpiewał. Zrobi to dla siebie, ponieważ tego pragnie, bez względu na to, czy jest to jedyna rzecz, jaką może robić eunuch, czy nie. Nie miało znaczenia, iż taki właśnie los przeznaczył mu brat i jego towarzysze. Zrobi to, ponieważ uwielbia, chce tego, a jego głos jest jedyną rzeczą, jaka mu jeszcze została z tych, które kiedyś kochał. Cała wspaniała ironia losu! Teraz głos nigdy go nie opuści, nigdy się nie zmieni.
Tak, zrobi to dla siebie, przyłoży się do tego ze wszystkich sił i pozwoli się zawieść wszędzie, gdzie może zaprowadzić go głos. Kto wie, jak wspaniałe może się to okazać? Niebiańska wspaniałość kościelnych chórów, cudowne widowisko teatru, o którym nie odważył się teraz nawet myśleć, ale to właśnie mogło mu dać jedyną okazję spędzenia kilku chwil z boskimi aniołami.

[postanowienie Tonia]


Miał wrażenie, że jego złość uformowała się w bańkę, która tego popołudnia w pewnej chwili pękła. Jej ścianki opadły jak płatki otulające pąk, a ze środka wyłonił się ogromny kwiat. Kwiatem tym była hipnotyczna siła nut, które wykonywał Tonio, dryfowanie wraz z nimi, łagodna, senna świadomość, że za każdym razem, gdy raz jeszcze zaczynał pracę nad Accentus, zmagał się z jakimś nowym, fascynującym aspektem tego zadania. Nim minął tydzień tych ćwiczeń, Tonio stracił rachubę różnych problemów, które rozwiązał; wiedział tylko, że jego głos całkowicie się zmienia. Raz po raz Guido wytykał mu, że śpiewa do, re i mi z większym uczuciem niż pozostałe tony. Czyżby je bardziej pokochał? Musi mieć ten sam stosunek do wszystkich. Guido powtarzał też wciąż 'Legato', kazał łączyć dźwięki powoli, doskonale. Siła głosu nie miała znaczenia. Nie chodziło też o wyrażanie uczuć. Jednak każdy ton musiał być piękny. Nie wystarczy zaśpiewanie tonu o idealnej wysokości (kilka razy niemalże niechętnie oznajmił Toniowi, że ma on dar wykonywania dźwięków o idealnej wysokości, chłopak jednak od dawna wiedział o tym od Alessandra), każdy ton musi być sam w sobie cudny jak kropla złota.

[ćwiczenia w konserwatorium]


- Tak, chcę od ciebie miłości!- odparł Tonio. -Gotów jestem prosić o nią na kolanach. Jesteś moim nauczycielem! Ty dajesz mi wskazówki, kształtujesz mnie, słyszysz mój głos, jak nikt inny. Starasz się usilnie uczynić go tak dobrym, jak mnie samemu nigdy by się to nie udało. Jak możesz pytać, czy pragnę twej miłości? Czy to w ogóle można robić bez uczucia? Czy nie wydaje ci się możliwe, że jeśli okazałbyś mi choć odrobinę ciepła, otworzyłbym się przed tobą jak wiosenne kwiaty i starałbym się tak, że moje wcześniejsze postępy wydałyby ci się niczym?!
Jeśli byś mnie kochał, śpiewałbym twoją muzykę i zrobiłbym wszystko, co twoim zdaniem potrafię robić; gdybyś tylko wraz z najsurowszą, najszczerszą krytyką dał mi trochę uczucia. Jeśli to zrobisz, uda mi się wydostać z tego mroku, znaleźć jakieś wyjście; będę mógł rozwijać się w tym wilgotnym, dziwnym miejscu jako istota, której imienia nie jestem nawet w stanie wymówić. Pomóż mi!

[wyznanie Tonia]


Opera ciągle się jednak zmieniała. Długie, nudne recytatywy, które posuwały akcję naprzód, podając publiczności wszystkie potrzebne informacje, stawały się o wiele żywsze niż te nużące przerwy między ariami. Nowością była też opera komiczna. Poza tym ludzie chcieli słuchać oper w języku ojczystym, a nie tylko w klasycznym języku włoskim. W miejsce recytatywów bez akompaniamentu pojawiało się też coraz więcej recytatywów wygłaszanych z towarzyszeniem orkiestry.
Zawsze trzeba jednak było brać pod uwagę życzenia publiczności, a ta niezmiennie znosiła nawet najdłuższe i najbardziej nużące śpiewy, by tylko usłyszeć piękne arie. Guido twierdził, że opera to właśnie piękny śpiew. Ani skrzypce, ani klawikord nie są w stanie wywrzeć na człowieku takiego wrażenia, jak piękny śpiew. Albo przynajmniej tak mu się wtedy wydawało.

[opera włoska]


- Masz jednak jeszcze coś, Tonio, coś więcej niż głos- rzekł. -Śpiewacy, którym tego brakuje, na ogół nie są w stanie nic osiągnąć, a tym, którzy dysponują tą siłą, brakuje twojej czystości i siły głosu. Jest w tobie jakaś tajemnicza moc obezwładniająca słuchających cię ludzi i rozpalająca ich tak, że koncentrują się wyłącznie na tobie.
Kiedy w czasie Świąt zaśpiewasz w kościele, ludzie będą wyciągali szyje, by ujrzeć twą twarz, odwrócisz ich myśli od drobiazgów i zmartwień, a po mszy będą pytali o twe imię.
Przez całe lata próbowałem to analizować, dociekać, czym naprawdę jest ta siła. Miałem ją, gdy byłem chłopcem. Wiem, jak czuje się ktoś, kto ją posiada. Nie potrafię jej jednak określić. Być może sekret tkwi w doskonałej intuicji, niezauważalnym i nieomylnym wahaniu, w instynktownym wyczuciu, kiedy należy wzmocnić nutę i kiedy przestać to robić. A może ma to związek z ciałem, oczami, twarzą, postawą, którą przybiera się, wznosząc głos. Nie wiem.

[Guido o głosie Tonia]


Chwilami pochwały, jakimi go obdarzano, wywoływały gniew; przypominał mu się jakiś stary mężczyzna w pokoju na strychu, mężczyzna potępiający świat, w którym o wszystkim decydował dobry smak. To dobry smak sprawiał, że taka sylwetka, jaką cieszył się Tonio, była w modzie. To dobry smak kazał kobietom składać mu hołdy i dowody uwielbienia, podczas gdy Tonio widział w lustrze tylko całkowitą ruinę Bożego dzieła. Przerażające było obserwować, jak cały plan stworzenia sypie się w gruzy. Zastanawiał się czasem, czy ludzie poważnie chorzy nie odczuwają tego samego, kiedy tracą czucie w kończynach albo gdy z powodu jakiejś gorączki wypadają im włosy. Ciężko chorzy pociągali go; interesowały go wybryki natury, liliputy i karły, które widział czasem występujące na małych scenach w mieście, kaleki, para zrośniętych biodrami istot, które siedząc na jednym krześle, śmiały się i piły wino. Takie stworzenia przyciągały go i dręczyły. Uważał się za jedno z nich, ukryte pod wspaniałym przebraniem z brokatu i koronek.


- Honor, honor. -Guido ze znużeniem odwrócił się, by spojrzeć mu w twarz. -Jeśli nie ma w nim żadnego sensu ani mądrości, to czymże jest honor? Cóż znaczy? Na czym polega dyshonor ofiarowania temu mężczyźnie tego, o co prosi, skoro w najmniejszym stopniu na tym nie ucierpisz? Jesteś jak wspaniałe danie, którym pragnie się nasycić raz, może dwa, póki przebywasz pod jego dachem. Czy zmieni cię to w jakikolwiek sposób? Mógłbyś się bronić, gdybyś był młodą dziewicą, wtedy jednak nigdy by tego od ciebie nie zażądał. To święty człowiek. A gdybyś był mężczyzną, jakże wstydziłbyś się, musząc przyznać, że z ochotą spełnisz jego prośbę. Mógłbyś twierdzić, że czujesz do tego awersję, bez względu na to, czy byłoby to prawdą. Nie należysz jednak do żadnej płci i jesteś wolny, Tonio, wolny. Są mężczyźni i kobiety, którzy przez całe życie co noc marzą o takiej wolności! A ty odrzucasz ją, chociaż jest dla ciebie naturalna. A on, on jest przecież, na miłość boską, kardynałem! Czy to, co dał ci Bóg, jest aż tak cenne, że musisz oszczędzać to dla kogoś lepszego niż kardynał Calvino?

[Guido do Tonia]


Głos Bettichina wzniósł się z niesamowitą siłą. Zakończywszy drugą część, przystąpił do powtórki pierwszej, tak bowiem wyglądała standardowa forma każdej arii, po czym, jak było to przyjęte, zaczął ją upiększać, powoli, lecz z coraz większą fanfaronadą, nie ukazując jednak swej prawdziwej siły, którą- jak wiedział Guido- pochwali się później. Jednak wzlatując ku ostatniej nucie, zaczął wspaniale wzmacniać ją i przyciszać, śpiewał coraz głośniej i głośniej, wykonując całość na jednym, długim oddechu, aż widownia całkowicie zamilkła. Nieruchomy śpiewak bez najmniejszej oznaki wysiłku posyłał w powietrze niekończący się strumień dźwięków, a kiedy zaczął go przyciszać i widzom wydawało się, że musi skończyć, bo inaczej umrze, Bettichino raz jeszcze wzmocnił nutę, śpiewając ją jeszcze wyżej i głośniej, po czym nagle przerwał.
(...)
Bettichino odchylił głowę w tył. Zaczął powtarzać pierwszą część arii wspaniale ozdabiając pierwszą nutę trylem, ani przez chwilę nie śpiewając niżej czy wyżej, a tylko akcentując nutę raz po raz, jakby jego głos pulsował staccatem światłości. Potem przeszedł płynnie do czułych fraz, wspaniale je wymawiając, a zbliżając się do końca kolejno wzmacniał i przyciszał nutę, stosując jednak tym razem Esclamazio Viva- zaczął śpiewać nutę pełnym głosem, po czym przyciszał ją bardzo powoli i tak słodko, że stworzyło to wrażenie głębokiego smutku.
Zdawało się, że tę znikająca nutę, która zmieniała się niemalże w swe własne echo, otula całkowita cisza. Następnie Bettichino ponownie zaczął ją wzmacniać, aż wreszcie przerwał ze zdecydowanym ruchem głowy w momencie, gdy śpiewał pełnym głosem.

[występ Bettichina]


Kryształowo czysta, iskrząca się nuta stawała się coraz mocniejsza, aż wreszcie Tonio, wciąż wykonując tryl, zaczął ją wyciszać. Wykonywał naraz, po mistrzowsku, oba wyczyny Bettichina i ciągnął tę nutę coraz dłużej, w nieskończoność. Guido sam nie był już w stanie oddychać, a włosy zjeżyły mu się na karku, gdy Tonio lekko uniósł głowę, by bez żadnej przerwy wznieść się w swym najwspanialszym pasażu, coraz wyżej i wyżej, póki nie doszedł do tej samej, tyle że o całą oktawę wyższej nuty. Bardzo wolno wzmacniał ją i przyciszał, wypuszczał z gardła ten pulsujący dźwięk, a chociaż sięgał kresu tego, co osiągnąć może ludzki głos, nuta była gładka i miękka jak najpiękniejsze westchnienie żalu, przedłużane tak długo, że stawało się nieznośne.
Jeśli oddychał, nikt tego nie widział ani nie słyszał; publiczność zauważyła tylko, że Tonio w tak samo leniwym tempie zaczął obniżać głos, śpiewając miękko o smutku i bólu, coraz niżej, aż rozległo się nieskażone niczym pulsowanie jego kontraltu. Wtedy zakończył z nieznacznym ruchem głowy i stał nieruchomo.

[występ Tonia w Rzymie]


Trwał rzymski karnawał, a wraz z nim nadeszły ostatnie, najbardziej szalone noce w operze. Wąska Via del Corso była od świtu do zmroku zapchana przebranymi w kostiumy ludźmi, a po obu stronach ulicy zbudowano platformy, które pełne teraz były widzów w maskach. Zaułkami wlokły się bogato zdobione powozy znanych rodów, wioząc fantastycznie przebranych Indian, sułtanów, bogów i boginki. Na wielkiej platformie rodziny Lamberti przedstawiono narodziny Wenus z morskiej piany- sama hrabina przystrojona w girlandy kwiatów stała na wielkiej muszli z papier-mache. Za nią nadciągnęły przesuwające się cal po calu karoce, z których postacie w maskach sypały dookoła konfetti migdałów w cukrze. Wszędzie wokół paradowali mężczyźni przebrani za kobiety, panie w męskich strojach i mnóstwo anonimowych ludzi ubranych jak książęta, marynarze czy bohaterowie komedii dell'arte. Te same stare motywy, to samo szaleństwo...

[karnawał w Rzymie]


Największym złem tego świata jest to, że tysiące krzywd dotykają ludzi bez skazy, nikogo nigdy nie spotyka kara, a najwspanialsze obietnice współistnieją z cierpieniem i nędzą. Dzieci kaleczone, by stworzyć chór serafinów, których pieśń jest krzykiem ulatującym w niesłyszące niebiosa.
I on, który stoczył się tutaj dzięki jakiemuś wspaniałemu przypadkowi, dlatego, że w zimowe noce wyśpiewywał w weneckich uliczkach swoją duszę pod gwiazdami takimi jak te.

[rozmyślania Tonia]


- Krzywda, którą mi wyrządzono, kogoś innego zmusiłaby do zemsty już wiele lat temu- szeptał Tonio. -Teraz wiem, że to szczęście kazało mi powstrzymać się od wykonania mego zadania. Nie czułem odrazy do mego życia; kochałem je. Głos był dla mnie nie tylko bożym darem, ale i radością, a wszyscy otaczający mnie ludzie również dostarczali mi radości, chociaż zgadzam się, że było w tym także pożądanie i namiętność. Nie mogę temu zaprzeczyć. Ale naprawdę żyję i czasem czuję się jak kielich wody rozświetlony promieniami słońca, który wybucha jasnością i wreszcie sam zmienia się w światło.
(...) Otóż moje szczęście kazało mi czuć się winnym za to, że pragnę go zabić! Zadawałem sobie pytanie, czemu ma umierać, skoro do mnie należy cały świat, miłość, wszystko, czego może zapragnąć człowiek? Jeszcze dziś wahałem się, walcząc z mym sumieniem; z celem, który sobie postawiłem, a kłótnie z innymi były dla mnie utarczkami z samym sobą.
(...)
Coś mi przyszło do głowy- ciągnął Tonio. -Prześladuje mnie to cały wieczór. To historia, opowiadana dzieciom i dorosłym, o tym, jak wspaniały zdobywcą Aleksander Wielki przeciął mieczem węzeł gordyjski. To właśnie tkwiło we mnie, prawdziwy węzeł gordyjski pragnienia życia i wiary, że nie mogę żyć, dopóki go nie zniszczę i nie doprowadzę tym samym do własnej ruiny! On go przeciął nożami płatnych zabójców. I nawet dzisiaj, kiedy inni widzieli tylko, jak uśmiecham się, rozmawiam, czy nawet śpiewam na scenie, myślałem o tym, jak bardzo zawsze rozczarowywała mnie ta stara opowieść. Cóż za mądrość tkwiła w rozcinaniu zagadki, której nie podołały lepsze umysły? Cóż za brutalne, tragiczne nieporozumienie! A jednak takie właśnie są sposoby mężczyzn, panie, którzy przecinają, odcinają. I być może tylko ci z nas, którzy mężczyznami nie są, postrzegają dobro i zło w pełniejszym świetle, a wizja ta paraliżuje ich.
Spędzałbym czas wśród eunuchów, kobiet, dzieci i świętych, którzy stronią od wulgarności szabli, gdybym tylko mógł to robić. Ale nie mogę. On do mnie przychodzi. Przypomina mi, że nie można tak łatwo zabić męskości. Mogę wydobyć ją z własnego wnętrza, by się z nim zmierzyć. Jest tak, jak zawsze sądziłem: jednocześnie nie jestem i jestem mężczyzną, ale nie mogę żyć życiem ani jednego, ani drugiego, póki on nie został ukarany!

[spowiedź Tonia]


Nawet za zasłoną drobnego deszczu to miasto wydawało się zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Zdawało się raczej rzucającym wyzwanie rozsądkowi snem o mieście, którego starodawne pałace wyrastały z powierzchni ołowianej wody smaganej ulewą, by stworzyć jeden wielki, wspaniały, niekończący się miraż. Słońce wylewało się przez poszarpane, obramowane srebrem chmury, pod szybującymi mewami wyrastały ostre maszty okrętów, a chorągwie, wybuchające kolorami na tle błyszczącego nieba, łopotały i trzepotały.
Wiatr smagał płachtę wody, w którą zmieniła się piazzetta, a z daleka doleciał z Campanile głos dzwonu zaplątany w zimne wycie wichru, tak że jego dźwięk wydawał się snem o samym sobie, jak krzyk mew.
Spod portyków Pałacu Dożów wyszedł tradycyjny, otoczony najwyższą czcią pochód członków Najwyższego Senatu, we wlokących się po wilgotnej ziemi purpurowych szatach i białych perukach, targanych wiatrem. Zbliżył się do brzegu wody, a jego członkowie, jeden za drugim, znikali w lśniących, czarnych jak smoła barkach pogrzebowych, stojących wzdłuż pełnej przepychu alei, którą tworzył Canale Grandę. Czyż nigdy nie przestanie zadziwiać, pustoszyć serca i umysłu? A może po prostu przez piętnaście lat gorzkiego wygnania w Stambule tak jej pragnął, że nigdy nie będzie mu dosyć? Zawsze dręcząca, tajemnicza, bezlitosna Wenecja, jego miasto, sen ziszczający się wciąż na nowo.

[Wenecja]


Usiłując zwalczyć wizję pokoju żałobnego, od której nie był w stanie się. uwolnić przez kilka ostatnich tygodni, ujrzał idącą ku niemu przez piazzę niezwykle realną postać spowitej w żałobę kobiety, którą w ciągu tych ostatnich zapijaczonych, wojowniczych, gorzkich dni widywał raz po raz na calli i riva.
Zmrużył oczy; głowa opadła mu na bok.
Jej spódnice tak wolno płynęły nad migoczącą wodą, że zdawała się poruszać nie jak człowiek, a jedynie za sprawą jego Rozgorączkowanego, przesiąkniętego żalem umysłu.
(...)
Czy to ta kobieta, coś w falowaniu jej spódnic, w kształcie twarzy, który dostrzegał przez przylegający do niej odwiewany w tył welon, wywoływały panikę, która kazała mu zbyt szybko łykać alkohol?
Szła w jego kierunku, tak jak przedtem zbliżała się do niego na" piazzetcie, a jeszcze wcześnie na riva.
Czy była jakąś kurtyzaną w wielkopostnej czerni? Szła tak zdecydowanie. Zdawało się, że z przewalającego się tłumu jego wybrała na swój cel. Taak! Tak, podążała za nim, bez wątpienia. A gdzież są jej damy do towarzystwa, słudzy? Czyżby snuli się gdzieś w oddali, jak jego ludzie?
Przez chwilę z przyjemnością to sobie wyobraził. Tak, ścigała go. Spoza tego czarnego welonu dostrzegła jego uśmiech; widziała go teraz.
(...)
Wytrzeszczył oczy; kobieta nie była człowiekiem, a jakimś demonem wysłanym, by go prześladował i pocieszał. Patrzył na niewyraźny owal jej białej twarzy i ruchy bladych dłoni pod unoszącym się na wietrze welonem.
Nagle zmieniła się; odwróciła się tyłem, ale nie przestała iść. Nie! Było to tak nadzwyczajne, że wysunął nieco w przód głowę i zmrużył oczy, by lepiej widzieć. Szła tyłem pozwalając, by wszystkie te warstwy gazy rozplatały się przed jej twarzą, a spódnice powiewały przed nią. Szła tyłem na piętach, nie myląc kroku, jak zrobiłby to przy takim wietrze mężczyzna, aby obciągnąć płaszcz. Potem znów się odwróciła. Carlo zaśmiał się cicho, dyskretnie. Nigdy w życiu nie widział jeszcze, by kobieta zrobiła coś takiego.
Kiedy się odwróciła, odzienie otaczało ją luźniej. Sunęła w przód tak dziwnie, lekko, a on poczuł nagle przenikliwy ból w boku.

['kurtyzana']