Ereszkigal
Mumia, albo Ramzes Przeklęty - Egipt w technikolorze
Gdyby spoczywająca w muzeum, w Kairze mumia faraona, Ramzesa II Wielkiego przemówiła, to aż strach się bać, co powiedziałaby na temat książki Anne Rice pod wdzięcznym tytułem: Mumia, czyli Ramzes Przeklęty. O Ramzesie Przeklętym Rice przebąkiwała coś już w Wampirze Lestacie, co pozwalało przypuszczać, że ta postać to kolejny riceowy krwiopijca. Nic bardziej mylnego.
Postać mumii, jest jednym z czołowych bohaterów filmowych horrorów. I tak naprawdę swego rodzaju ikoną. Okutany w bandaże, na wpół zasuszony, na wpół odsłonięty szkielet kapłana, króla, czy księżniczki wyłazi z jakiegoś powodu ze swojego grobowca, żeby straszyć i zabijać każdą napotkaną na drodze osobę.
Mumie spopularyzowały czarnobiałe produkty wytwórni Hammera, a ostatnio przypomniał, w zabawnym, okraszonym efektami specjalnymi stylu Stephen Sommers, kręcąc dwie części barwnego widowiska, bezpretensjonalnie zatytułowane: Mumia i Mumia powraca. Temat więc wciąż żyje.
Dlaczego ja tu jednak o filmach prawię, zamiast zająć się powieścią? Ano dlatego właśnie, że Mumia pani Rice w założeniu miała być scenariuszem filmowym, który przerobiony został na powieść, po tym jak z realizacji filmu na bazie tego skryptu wyszły nici.
I ta 'scenariuszowość' niestety bardzo mocno wychodzi podczas lektury. Ramzes Przeklęty to jest bowiem płytka, infantylna i momentami strasznie głupia i naiwna powiastka, mieszcząca się w mojej kategorii PZZ (Przeczytać, Zasnąć Zapomnieć). Kicz, charakterystyczny dla filmów 'mumiatych', wypełnia także karty powieści Rice, dodatkowo ubarwiony romansem rodem z Harlequinów. Mumia to jest w ogóle jeden wielki Harlequin, osadzony w konwencji egipskiego horroru. Autorka starała się chyba trochę upoważnić swoje dzieło i dokonała tak zwanego: historycznego podbudowania bohaterów. Z tego podbudowania jednak wynika najwięcej zabawy dla tych, którzy choć trochę orientują się w historii.
Wracając do treści owego cudaka, to przedstawia się ona z jednej strony strasznie stereotypowo: oto mamy sobie początek XX wieku, a rzecz się dzieje w Anglii i Egipcie (teraz wszyscy przypominamy sobie Młodego Indianę Jonesa, Gwiezdne Wrota czy choćby wspominane już filmy Sommersa, żeby poczuć ten klimat). Pewien poszukiwacz zaginionych skarbów egipskich, Lawrence Stratford, Anglik-arystokrata dokonuje niezwykłego odkrycia, znajduje mumię faraona, Ramzesa II, który ukrywa się pod pseudonimem: 'Ramzes Przeklęty'. Odkrycie jest na tyle niebezpieczne, że tego samego wieczoru Stratford zostaje otruty (zupełnie jakby dosięgła go klątwa mumii, czyż nie?).
Mumia zostaje sprowadzona do Anglii i zamiast spocząć, jak Król Edward przykazał, w muzeum narodowym, wystawiana jest w domu Stratfordów, gdzie, nieoczekiwanie dla bohaterów, ale całkiem oczekiwanie dla czytelników, ożywa.
Dalsza część tej historii jest w zasadzie opowieścią o rozkwitającym romansie między córką Lawrenca, Julie, a odświeżoną i wypiękniałą mumią oraz próbą wyjaśnienia sensacyjnej zagadki śmierci archeologa-amatora.
Kiedy akcja przenosi się na egipską ziemię do życia zostaje powołana druga mumia (to nie żart) i tym razem jest to ożywiony trup egipskiej królowej z dynastii Ptolomeuszy, Kleopatry (tak, TEJ Kleopatry).
Czy już rozumiecie, jaki tkwi nonsens w tym wszystkim?
O ile jeszcze Ramzes II jest mało znaną postacią dla nierozgarniętego w historycznych zawiłościach czytelnika, tak Kleopatrę VII znają wszyscy, choćby dzięki filmom, które to bardzo spopularyzowały jej wizerunek, ale egipska władczyni był obiektem zainteresowań wielu artystów na przestrzeni dziejów od Michała Anioła do Szekspira (oczywiście nie obyło się bez przekłamań). To jednak, co zrobiła z biedną Kleopatrą Rice woła o pomstę do nieba. Królowa bowiem to głupie, dyszące chęcią mordu monstrum, które uwielbia łamać ludziom karki ... chyba tak dla zabawy, bo większego sensu w tym nie ma. Oprócz tego cechuje ją niesłychanie wybujały temperament seksualny. Kleopatra, jak już wspominałam, została wskrzeszona przez Ramzesa, który to rozpoznał ją w pewnej bezimiennej mumii, kurzącej się gdzieś w gablotce muzeum w Kairze. Następnie powoli dochodzi do siebie, czyli...odbudowuje swoje ciało, które trochę przez te kilkadziesiąt wieków ucierpiało, aby zmienić się w powabną i kuszącą femme fatale, a następnie próbuje przeszkodzić w szczęściu Ramzesa i jego ukochanej Julie Stratford. Ogólnie to Kleopatra jest odbiciem Akashy z Kronik wampirów (obydwie zresztą są tak samo niedorzeczne), podczas gdy Ramzes to inteligentna, wrażliwa i seksowna, chodząca perfekcja.
Dla mnie przynajmniej bawienie się postaciami historycznymi przez Anne Rice jest zawsze mocno ryzykowne i zazwyczaj wychodzi bardzo źle, a w tym przypadku wyszło po prostu groteskowo. O wiele bezpieczniej i rozsądniej byłoby, gdyby Anka uczyniła bohaterami swojej powieści całkowicie wymyślone postacie, najwyżej zakulisowo wzorowane na żyjących kiedyś ludziach.
W książce pojawia się kolejny w mitologii Rice motyw nieśmiertelności. Mumie są wszak istotami nieśmiertelnymi. Rice usiłowała być strasznie oryginalna i źródłem wiecznego życia uczyniła tym razem ... eliksir przygotowany przez hetycką kapłankę w XIV wieku p.n.e. Nieśmiertelność mumii bije na głowę nieśmiertelność wampirów. Osobnik, który wypije ów specyfik staje się niezniszczalny na amen (wampira można było zawsze spalić), co więcej eliksir działa nie tylko na ludzi, ale na wszystko co żyje, a nawet nie żyje, czyli można przy jego pomocy wskrzeszać zmarłych (o ile oczywiście znajdzie się ich szczątki). Uszkodzone nieśmiertelne ciało takich osobników bardzo szybko się regeneruje, w czym wybitnie pomaga ... światło słońca. Tak, tak, jest to dokładna odwrotność niszczącej mocy słońca w Kronikach.
Rewelacji, jakie objawia nam Anne Rice jest więcej. Ramzes II, po wypiciu eliksiru panuje trochę za długo, znajduje więc sobie śmiertelnego sobowtóra, który w końcu starzeje się i umiera. 12 wieków po tych wydarzeniach, uśpionego Ramzesa budzi sama Kleopatra i zostaje jego kochanką (mumie, w przeciwieństwie do wampirów MOGĄ, a nawet bardzo CHCĄ); Ramzes jednak nie mógł zapobiec śmierci Kleopatry i znów udał się na spoczynek, z którego obudził go dopiero nazbyt ciekawski archeolog-amator.
Rice skubie więc to tu, to tam: po trochu romansu, po trochu przygody, po trochu kryminału, po trochu historii, po trochu horroru; wszystko topiąc w niemiłosiernym banale. Egipt, jak zwykle to u niej, jest plastikowy, kiczowaty i kompletnie nierealistyczny; przypomina raczej dekoracje z planu filmowego z lat 50-tych zanurzone w Technikolorze.
Jednak całość czyta się bardzo fajnie i szybko. Książka nie jest przegadana (widać tu, że pierwowzorem był scenariusz, z natury syntetyczny), ma zwartą fabułę i akcję, bohaterów mało fascynujących i pełniących raczej role ozdobników, ale to w ogólnej konwencji nie przeszkadza. Jeżeli nikt nie będzie oczekiwał po tej powiastce cudów, to się nie rozczaruje, jest to bowiem wymarzona lektura dla młodszych nastolatków, jeśli lubi się takie klimaty. Jednak zdecydowanie odradzam Mumię poważniejszym czytelnikom.
Ciekawostką jest, że swego czasu mówiło się o ekranizacji Mumii, co prawdopodobnie jest dość dobrym sposobem na szybkie i bezbolesne zarobienie kasy dla producentów. W realizacji jednak przeszkodziły, jak mi się wydaje, dwa filmy Sommersa i ich nieformalny prequel: Król Skorpion, w reżyserii Chucka Russela (każdy kolejny film był gorszy od poprzedniego). Mumia została więc w Hollywood odłożona na półkę (podobnie jak wiele innych powieści Rice), choć plany były zacne. Reżyserem miał zostać sam James Cameron; został już napisany scenariusz przez Karen Essex, autorkę biograficznej powieści o Kleopatrze i szumnie zapowiadane były pomysły zbudowania na planie, makiety piramidy Cheopsa w skali 1:1. Nic z tego nie wyszło. W sumie szkoda. Mumia bowiem, mimo swojej wątpliwej wartości literackiej, sprawdziłaby się znacznie lepiej jako film, którym zresztą pierwotnie miała być.
|