Ereszkigal
Sługa Kości - Magicy, Demony i SekciarzeSługa Kości zalicza się to tej kategorii książek pani Rice, które ja określam skrótem : PZZ (Przeczytać, Zasnąć, Zapomnieć). Kategoria ta charakteryzuje się tym, że lądują w niej pozycje dość słabe z literackiego punktu widzenia, o uproszczonej fabule, niewielkich gabarytach i kompletnym braku drugiego dna, czyli głębszego sensu. Mimo tego, książki czyta się w miarę szybko, w miarę przyjemnie i równie szybko zapomina się, o czym taka książka była. Sługę kości czyta się w umiarkowanym zainteresowaniem, gdyż najlepszy w tej powieści okazuje się być wątek babiloński, czyli historia o starożytnym duchu (demonie?) zwanym Sługą Kości, którego mogą przywołać potężni magicy. Rice w dość bogaty i plastyczny, jak zwykle, sposób prezentuje egzotyczną dla nas kulturę starożytnego Wschodu, a dokładnie moment upadku Babilonu i przejęcia całego królestwa przez Persję. Opisy miast, budowli i świątyń, tajemniczych obrzędów, warte są na pewno tego, żeby się nad nimi pochylić na chwilę. Kto wie? Może kogoś nawet zachęcą do głębszych poszukiwań i zainteresowania się na serio sztuką czy historią tamtego regionu i tamtych czasów. Z kulturą babilońską kontrastuje dość przyjemnie kultura plemion Izraela, a konkretnie Diaspory. Główny bohater, Azriel jest potomkiem Izraelitów, sprowadzonych przemocą do Babilonu przez Nabuchodonozora II. Żydzi dość łatwo i szybko adaptują się do życia w obcym dla nich mieście, stając się prężnie rozwijającą się tkanką tamtejszej, wielokulturowej społeczności, nie zatracając przy tym nic ze swojej tożsamości. Azriel jest więc jakby obywatelem dwóch światów: hebrajskiego i pogańskiego. Zresztą cały koloryt hebrajski w książce jest, o dziwo, bardzo dobrze oddany. To, co najbardziej rozpala wyobraźnię czytelników to rytuały, w trakcie których Azriel zmienia się w Sługę Kości. Rice połączyła w tym wszystkim mistycyzm, magię i lekki odcień makabreski. Niestety po tym bajecznie kolorowym wątku następują już dużo słabsze części książki, czyli edukacja ducha u jego mistrzów, co, jak myślę, mogło być rozbudowane. Chętnie poczytałabym o tureckich Mamelukach, strassburskich Żydach w średniowieczu, czy XIX- wiecznych paryskich okultystach. Niestety nie było mi dane, bo pani Rice się wyraźnie nie chciało przyłożyć, a może zabrakło jej wyobraźni? Autorka wydaje się bardzo śpieszyć, jakby ją stado takich demonów goniło, i bardzo szybko chce zakończyć opowieść Azriela o czasach dawnych i dawniejszych i przejść do współczesności, która ...co tu dużo mówić, jest opisana w sposób po pierwsze nudny, po drugie naiwny. Bardzo razi mnie przede wszystkim, nie tylko w Słudze..., ale w i w innych powieściach Anne, dzielenie świata na kryształy i skorupy. Już wyjaśniam o co chodzi. Rice, jak już gdzieś recenzjach pisałam, ma infantylne, naiwne i strasznie odpustowe wyobrażenia o świecie współczesnej Ameryki i egzaltując się wspaniałością amerykańskiej, czy też zachodniej w ogóle rzeczywistości, po prostu popada w śmieszność. Dużo jest w tej części powieści przegadanych kompletnie dialogów (patrz, spotkanie Gregory'ego z dziadkiem), zaś sama intryga wydaje się być co najmniej głupia. Rice chciała tu poruszyć problem w dzisiejszym świecie bardzo palący. Oczywiście chodzi o niszczycielską i niebezpieczną działalność sekt. Tym razem zło czai się w postaci Gregory'ego Belkina i kierowanej przez niego Świątyni Umysłu. Gregory ma pewien plan, który od razu z czymś mi się skojarzył, i pewnie większości stałych czytelników Rice też się od razu skojarzy. Chodzi oczywiście o plan Akashy z Królowej Potępionych. I jeden, i drugi jest równie głupi, śmieszny i kompletnie niewiarygodnie przedstawiony, a głównemu pomysłodawcy, i oczywiście czarnemu charakterowi, brakuje wdzięku, uroku i innych atrybutów, aby uznać go za dobrze napisaną złą postać. Poza tym zbyt nachalnie przypomina mi Rogera z Memnocha. Jeszcze słówko o głównym bohaterze. Jak już wspomniałam, główny bohater jest rodzajem ducha lub demona, przez co i jego charakter jest jakiś taki ...'przezroczysty', a już na pewno niewyraźny. Przez całą powieść występuje u niego rozchwianie emocjonalne. Sam fakt, że poświęcił się idąc jak baranek na rzeź w służbie dla swego ludu jest mocno wątpliwe. Chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodziłby się, będąc w kwiecie wieku i w pełni sił, na taką śmierć. Jako duch Azriel zdobywa wielką moc, zabija bez mrugnięcia okiem i nie ma chyba problemów ze swoim sumieniem. Jednocześnie dowiadujemy się, że jest istotą wielce współczującą i oczywiście dobrą. Szczerze powiedziawszy nudzą mnie słodcy, dobrzy, pokrzywdzeni i zabijający tylko złoczyńców (bo tak łatwiej prawda?) bohaterowie powieści Rice. Azriel jest zwyczajnie nijaki i to także poważny minus tej książki, ponieważ nieciekawie napisana postać nie potrafi przykuć uwagi czytelnika, już o głębszym zaangażowaniu nie wspominając. I w sumie to tyle. Lekturę można sobie na dobrą sprawę darować, chyba że rzeczywiście szuka się czegoś lekkiego i niezobowiązującego. Przestrzegam jednak, że druga połowa książki jest gorsza od tej pierwszej. Ach! Byłabym zapomniała. W Słudze Kości występuje, mały bo mały, ale wątek polski. Co prawda sprowadza się on do polskich korzeni żydowskiej rodziny Belkina i do nostalgicznych wspomnień o 'polskim śniegu', cokolwiek to dla Rice znaczy. Ale to i tak przyjemnie się czyta. Dobrze jednak, że Anne nie zdecydowała się na wchodzenie głębiej w 'polskie sprawy', bo to mogło już nie być takie miłe. |