Ereszkigal
Opowieść o Złodzieju Ciał - 'Faust' odwrócony
Ciężko, oj ciężko mi się tę analizę pisało. Ślęczałam nad nią parę minut, nie mogąc sklecić pierwszego zdania. Tworzenie więc tego tekstu to dla mnie nielekka kula u nogi, po pierwsze dlatego, że to już ostatnia z Kronik, jakiej jeszcze nie poddałam 'obróbce skrawaniem', a po wtóre, ten tekst, z różnych powodów, powinien powstać jakieś trzy lata temu, gdy moje zainteresowanie prozą Anne Rice było żywsze. Żeby sobie ułatwić pracę, zacznijmy może od hipotetycznego pytania, jakie zadałby mi każdy czytelnik: Czy podobała mi się ta powieść? Czy oceniam ją dobrze czy źle? I najważniejsze: Dlaczego? Fabuła powieści ma, być może, trochę zbyt fantastyczny punkt wyjścia, którym jest idea 'zamiany ciał', czy też inaczej: zjawisko projekcji astralnej lub swobodnego przemieszczania się duszy między ciałami. Jest to może naiwne i mało wiarygodne, ale nie sądzę by mogło w tej mierze konkurować z fantastycznością z Królowej Potępionych czy choćby Memnocha. Poza tym warto pamiętać, że pani Rice to autorka książek skądinąd fantastycznych. Przyjmijmy więc zamianę ciał jako naturalny element świata powieści, zwłaszcza że jest on jedynie środkiem, a nie celem samym w sobie i nie on jest tu najważniejszy. Gdyby przyszło nam streścić fabułę, byłoby to zaiste dość proste, bowiem jest to książka kameralna, skupiona na jednym wątku, z liniową akcją, skonstruowaną według wszelakich literackich prawideł. W tej opowieści towarzyszymy Lestatowi cały czas. Nie ma tu miejsca na inne wątki, dotyczące innych bohaterów, toczące się niezależnie od wątku głównego (por. Królowa Potępionych, Godzina Czarownic), zawirowania fabularne, 'przeplatańce' i 'przekładańce', retrospekcje itd. Złodziej Ciał ma klasyczną budowę przyczynowo-skutkową, co nadaje mu posmak sensacyjnej przygody. Jednak nie akcja i nie przygody Lestata są tu najważniejsze. Najważniejsze w Złodzieju Ciał jest to, co kryje się między wierszami, we wspomnieniach głównego bohatera, w dyskusjach, w przemyśleniach, skojarzeniach i zwariowanych teoriach, i w końcu w wizjach i snach. Uważny czytelnik szybko wychwyci oczywiste w Opowieści... analogie i nawiązania. Już sam układ wydarzeń nawiązuje do Fausta, przy czym Rice w twórczy dość sposób żongluje wątkami, co prowadzi w finale do przeinaczenia etycznej wymowy dramatu Goethego. Anne nie byłaby chyba sobą, gdyby nie zastosowała tu amerykańskiej łopatologii i nie kazała bohaterom powieści po Fausta sięgać, ani o nim rozmawiać (można potraktować to jako nieszkodliwą wadę). Powieść poprzedza wiersz irlandzkiego poety W.B. Yeatsa: Odjazd do Bizancjum. Właściwie jestem zdania, że aby zrozumieć istotę tej książki, wystarczy zrozumieć wiersz, który jest jej mottem. A wiersz dotyczy starości, a właściwie samoświadomości człowieka u schyłku życia, który oddala się coraz bardziej od natury, traktując ją jak domenę młodości i jednocześnie pragnąc metamorfozy, pewnej formy nieśmiertelności jaką daje sztuka. Uosobieniem sztuki jest tu tytułowe Bizancjum, kraina religii i złota, dziwnych, sztucznych i ponadczasowych form, stworzonych ręką człowieka, cywilizacyjnym cudem, w końcu owocem kunsztu ludzkich rąk i umysłów. Tęsknoty podmiotu lirycznego to tęsknoty istoty pogodzonej ze śmiercią, traktującej przemijanie jako boski ornament, stan, w którym prawa natury przestają obowiązywać. Podobne uczucia możemy przypisać dwóm bohaterom Złodzieja: Davidowi, starszemu w Zakonie 'Talamasce' i jego przyjacielowi-wampirowi, którym jest sam Lestat. W chwili gdy go spotykamy w książce, ma na karku ponad dwieście lat życia pełnego gwałtownych zwrotów, tragedii i szaleństw. Po wydarzeniach znanych z Królowej bohater nasz poddaje się stagnacji i usuwa w cień, polując na obrzeżach ludzkiego stada. Na wstępie wyznaje on nam, że jest zmęczony i rozbity psychicznie i chyba dlatego zaczyna kombinować. Na początek postanawia się unicestwić, chociaż nie jest to do końca prawda. W rzeczywistości Lestat nie pragnie śmierci, ale jedynie jakiejś odmiany. Samobójstwo ma być więc swoistą próbą sił, momentem przełomu. Z kolei David, praktycznie pogodzony z losem, ze stoickim spokojem czeka na śmierć. Równie spokojnie przyjmuje wizyty Lestata, gdyż w takim stanie umysłu może lekko odrzucić propozycje wampira, który oczywiście ofiaruje Davidowi nieśmiertelność. Ci dwaj bohaterowie są na swój sposób do siebie podobni, choć drastycznie różniący się charakterami i temperamentem, to ich losy układają się paralelnie. Bardzo łatwo to zauważyć w opisie, kiedy Lestat śledzi Davida w Amsterdamie, włócząc się jego śladami, oglądając w muzeum te same obrazy i czytając tę samą książkę. Lestat postępuje podobnie i taki też sens ma jego nieudana próba samozniszczenia na pustyni Gobi, gdzie próbuje zmierzyć się z samym słońcem. Przetestować moc Nieba, kusić los poprzez najbardziej radykalne zachowanie. Zatrzymajmy się w tym miejscu na chwilę, bowiem taka prosta analogia w przypadku książki pani Rice znacznie się komplikuje, a mówiąc wprost, stosuje do więcej niż jednej postaci. Raglan James jest niewątpliwie odpowiednikiem Mefistofelesa-kusiciela, zwodniczego diabła-oszusta. Czy jednak Lestat to tylko Faust? W tym układzie na pewno, ale przypatrzmy się bliżej dziwnej przyjaźni Lestata i Davida, a wtedy sytuacja naszego wampira staje się nieco bardziej złożona. David sam utożsamia się z tytułowym bohaterem dramatu Geothego, zaś Lestata porównuje do Mefista właśnie, tego, który kusi propozycją, rozumianą zarówno jako dar (nieśmiertelność), jak i przekleństwo (zabijanie ludzi dla krwi). Oczywiście David, z racji wieku i doświadczenia, rozumie, że cena, jaką przyszłoby mu zapłacić za ten dar, jest zbyt wysoka i konsekwentnie odmawia jego przyjęcia. Lestat z kolei uważa, że David się tylko z nim droczy, albowiem nikt, kto by poznał potęgę wampiryzmu nie byłby w stanie jej sobie odmówić. Tymczasem sam Lestat pragnie się owej wysławianej przez siebie potęgi pozbyć (chociaż na krótko). Tak, tak, Moi Drodzy, ten Lestat to zaiste zbiór paradoksów. W Złodzieju Ciał dopatrzymy się kolejnego punkt wspólnego z Faustem: istoty zakładu Boga z Diabłem. Znamienna jest scena, w której David opowiada Lestatowi o swojej wizji w paryskiej kawiarni, kiedy Bóg i Diabeł kłócili się o losy świata. W Fauście, w Prologu w Niebie, jak pamiętamy, ma miejsce zakład między Mefistofelesem i Bogiem o duszę Fausta. U Rice, choć w zupełnie innym kontekście, figury Boga i Szatana także odgrywają duże role, wskazując na ambiwalencję Dobra i Zła, nie mogących istnieć bez siebie, których walka tak naprawdę gwarantuje trwałość świata. W tej powieści, także podobnie jak w Fauście, Zło jawi się raczej jako siła inicjująca zmiany lub też czynnik metamorfozy. Dobro zaś to pewien odwieczny, nieruchomy stan zwieszenia. Tak więc Lestat, decydując się na podjęcie wyzwania, jakim jest zamiana ciał, inicjuje tym samym akt przemiany, co doprowadzi go do odkrycia swojej prawdziwej natury, czy raczej do ostatecznego pogodzenia się z nią. Można więc rzec, że przygoda ze Złodziejem Ciał była konieczna do tego, aby Lestat wreszcie zaakceptował siebie takim, jakim od początku był. Inne znowuż podobieństwo historii o kuszeniu i pakcie z diabłem odnajdziemy w teorii Lestata na temat Rembrandta, według której, malarz sprzedał swoją duszę w zamian za talent. Rembrandt za zerwanie paktu płaci cierpieniem na ziemi, co oczywiście jest zemstą diabła, ale dzięki temu, w ostatecznym rozrachunku, jego dusza zostaje zbawiona. Nasz wampir oczywiście przyjmuje wyzwanie Raglana, rzuca losowi rękawicę i oddaje swoje ciało do dyspozycji osobnika, który sam siebie nazywa złodziejem. Wszystko po to, żeby na kilka dni przypomnieć sobie, jakim był człowiekiem przed dwustu laty. W tym momencie każdy czytelnik domyśli się dalszego rozwoju wydarzeń, gdyż wie, że Raglan jest nieuczciwym szachrajem, któremu najbardziej zależało na zdobyciu nieśmiertelności wampira. W tym układzie, spełnienie marzeń Lestata okazuje się być dosłownie 'śmiertelną' pułapką. Opis perypetii Lestata w ludzkiej skórze jest tyleż dramatyczny, co zabawny. Okazuje się bowiem, że wampir ten to jednak naiwny, niepoprawny idealista i egoista, wierzący, że także jako człowiek odniesie triumf. Tu Rice jest bardzo dowcipną pisarką, rozbijając ów idealizm Lestata na kawałki, w zderzeniu z prozaicznymi wydarzeniami codziennego życia, z czego przy okazji wynika dla nas wiele zabawnych sytuacji. Lestat, czego się nie dotknie, z tym sobie nie radzi do tego stopnia, że zaczyna nienawidzić życia śmiertelnika i marzy już tylko o powrocie do swojej wampirzej powłoki. Na przeszkodzie staje mu złośliwy los i Raglan James, który oczywiście nie ma najmniejszego zamiaru dotrzymać warunków umowy. W książce dużą rolę pełnią wizje i sny. Lestat postrzega siebie jako tygrysa ze snu, do czego inspiracją był niewątpliwie wiersz Williama Blake'a: Tygrys, w którym zwierzę to urasta do symbolu zła metafizycznego i metaforycznego, uosabiającego odwieczne prawa natury; doskonałej, perfekcyjnej machiny, jaśniejącej w mrokach dżungli; najdoskonalszego dzieła Stwórcy. Znów więc mamy tu do czynienia ze złem zmitologizowanym, mocno alegorycznym, w wymiarze uniwersalnym, ale przez to także ironicznym i aluzyjnym. Tak też postrzega siebie Lestat i taki wizerunek siebie samego kreuje: nie jest on zwyrodniałym maniakiem, mordercą dzieci i staruszek, ale ucieleśnieniem Fatum, Boska Ręką, ciemną stroną wszechświata. Równie ciekawą i ważną postacią jest tu widmo Klaudii, przemawiającej do Lestata w snach czy gorączkowych majakach. Klaudia nie funkcjonuje w Złodzieju jako wyrzut sumienia głównego bohatera, ale jako swego rodzaju wyrocznia. Z jawną złośliwością wyśmiewa się z szaleństwa Lestatowych działań, z niedorzecznego dążenia do niewinności. Klaudia, bardziej niż sam Lestat, rozumie jego naturę i wypomina mu, że próbuje on z nią walczyć, czy realizować mrzonki o śmiertelnym szczęściu (przypomnijmy, że podobne zarzuty wysuwał Lestat wobec Louisa w Wywiadzie z wampirem, teraz więc sytuacja odwróciła się). Lestatowi nigdy nie uda się zawrócić z raz obranej drogi i duch Klaudii jest tego widocznym zwiastunem. Przygody Lestata w ludzkim ciele mają kształt swoistej Odysei, podobnie jak wędrówki Fausta u boku Mefista. Pojawia się także Małgorzata. U Anne Rice nazywa się niemal identycznie jak bohaterka Goethego i jest zakonnicą o dziwnie liberalnych poglądach. Jej romans z Lestatem nie przypomina wprawdzie aż tak bardzo tego, który łączył Fausta i Małgorzatkę, bo i sama Gretchen, choćby z racji wieku, nie jest taka niewinna. To ona stara się uwieść mężczyznę, którego pomogła uratować od śmierci, aby dzięki seksualnej inicjacji, móc podjąć właściwą decyzję, co do jej dalszego powołania. Lestat z kolei, dzięki swojemu związkowi z Gretchen, dostaje szansę na zamazanie dawnych win. Zakonnica proponuje mu bowiem wyjazd na misję i pracę dla najbardziej potrzebujących i skrzywdzonych przez los. Lestat jednak, jak sam konstatuje, nie jest do tego stworzony. Na pytanie Gretchen, czy mógłby zostać świętym, odpowiada, że tylko takim, który swoją potęgą unicestwiłby zło raz na zawsze, który byłby kochany i wielbiony przez miliony. Tak naprawdę Lestat chce pozostać tym kim jest - superbohaterem. Prawdziwe, anonimowe i skromne miłosierdzie nie leży w jego naturze, bo nie został on stworzony do poświęceń, nawet jeśli nagrodą za to byłoby zbawienie jego duszy. Lestat i Gretchen oczywiście rozstają się, ona jedzie na misję do Gujany, a nasz bohater wyrusza w szaloną pogoń za znienawidzonym Raglanem. Musi odzyskać swoje ciało za wszelka cenę, ale jako śmiertelnikowi, trudno mu to zrealizować. Jego wampirzy przyjaciele odwracają się od niego i zostaje mu tylko David, z którym teraz dodatkowo łączy go zwykła ludzka solidarność. Lestat, dzięki wiedzy i zdolnościom parapsychicznym Davida, odzyskuje starą powłokę i zabija Raglana. David natomiast otrzymuje niespodziewany prezent od losu: drugą młodość, tym samym podążając wyznaczona wcześniej ścieżką Fausta (wspominałam już, że losy Lestat i Davida biegną niejako równolegle, a w samej powieści jest wiele powtarzających się motywów, które to wrażenie potęgują). David, mówiąc wprost, przenosi się, w wyniku zbiegu okoliczności, do młodego ciała, okupowanego wcześniej przez Raglana i Lestata. Dostaje zatem szansę na nowe życie, z której zamierza korzystać, Lestat zaś zostaje sam ze swoimi myślami. Odniósł zwycięstwo po raz kolejny, ale tym razem ma ono wyjątkowo gorzki smak. W znamiennej scenie w katedrze św. Ludwika, Lestat robi rachunek sumienia. Wynika z niego prosta prawda: wampir musi pogodzić się z tym, że z natury jest zły, przewrotny i że zwykłe ludzkie życie i ludzka śmierć nie są i nigdy nie były mu pisane. Musi pozostać więc tym, kim jest: perfekcyjnym zabójcą, doskonałym kłamcą, namiętnym uwodzicielem i deprawatorem. Faust, mimo swoich błędów i ciężkich grzechów, mimo tego, że dał się zwieść złu, zostaje (trochę na siłę i niesprawiedliwie, moim zdaniem) zbawiony. Bóg musiał po prostu zatriumfować. Lestat nie tylko nie osiąga zbawienia, ale całkiem świadomie wybiera wieczne potępienie. Jego czyny, nawet pozornie dobre, przynoszą katastrofalne skutki, co wyraźnie widać w chwili, gdy (już jako wampir) ujawnia się Gretchen i doprowadza ją tym samym do obłędu. W tym momencie autorka dokonuje, moim zdaniem, najciekawszego zwrotu w całych Kronikach Wampirów. Proponuje podwójne zakończenie. Czytelnikowi zostaje dana możliwość: porzucenia Lestata medytującego nad świeczką, albo czytania dalej. Tak naprawdę wybór ten nie jest żadnym wyborem, bo nie spotkałam jeszcze nikogo, kto by się na ciąg dalszy nie skusił. A ciąg dalszy jest po prostu rozkoszny. Lestat okazuje się być w nim perfekcyjnym Mefistem i niejako wmusza w swojego przyjaciela, Davida Mroczny Dar. David po początkowym buncie i fochach, wydaje się być jednak pogodzony z losem i wyznaje Lestatowi, że nieśmiertelność była jego skrywanym marzeniem. Trochę to naciągane w stosunku do jego wcześniejszej, bardzo zdecydowanej postawy, ale co tam. Liczy się wymowa całości. Można zapytać, czy Lestat nie mógł zostawić Davida w spokoju. Otóż w kontekście wcześniejszych wydarzeń wydaje się, że nie. Lestat, pożegnawszy się ze swoimi ludzkimi sentymentami, a jednocześnie akceptując siebie jako istotę złą, musi dokonać kolejnego aktu przemiany, zainicjować go, podpisać ów słynny pakt i postawić kropkę nad 'i'. Tą kropką jest właśnie ów 'gwałt wampiryczny' na Davidzie i oczywista zdrada ideałów przyjaźni i ludzkiej solidarności. Lestat musi być wampirem doskonałym. A wampir doskonały to nie jakiś banalny morderca, ale przede wszystkim uwodziciel, kłamca i zdrajca, który, kiedy kogoś pokocha, musi przeciągnąć go na swoją stronę. I od tego, wydaje mi się, ani Lestat, ani David nie mogli uciec. Uniwersalne prawdy, obecne w tej książce, dotykają w zasadzie zagadnień etycznych i naszych moralnych wyborów. Czy podejmiemy ryzyko potępienia (nie chodzi o potępienie czy zbawienie w kontekście TYLKO religijnym), wyrzekniemy się dobra, tylko po to, żeby nasze życie nabrało sensu, stało się piękniejsze, intrygujące, ciekawe? Co poświęcić może człowiek, dla zdobycia urody, sławy, bogactwa czy miłości? Być może będą to nasze zasady, a być może spokój naszego sumienia. Nie można jednak żyć pełnią życia, nie tracąc czegoś w zamian, bo każde działanie wywołuje jakieś skutki. Nie można też osiągnąć absolutnego spokoju, nie wyrzekając się przy tym choć części tego, co świat ma nam do zaoferowania. No cóż, coś za coś. W tym układzie Lestat nie jest tylko doskonałym wampirem, ale także człowiekiem, ze wszystkimi wadami i zaletami naszego gatunku. Z tej powieści dowiemy się o nim najwięcej, poznamy go dogłębnie, a tym samym być może poznamy i siebie. Ta książka jest jednak, podobnie jak Wywiad z wampirem, przewrotna, choć w inny sposób. W Wywiadzie zło oznaczało dla głównego bohatera moralny upadek i pogrążenie, przegraną walkę o własną duszę, i tak naprawdę celem Wywiadu z wampirem było ostrzeżenie człowieka przed katastrofalnymi skutkami niewłaściwych wyborów. W Złodzieju wszystko nabiera już silnych odcieni moralnego relatywizmu. Zło nie jest tak jednoznaczne, podobnie jak dobro, a wybór zła okazuje się być triumfem Lestata, ale także wyborem naturalnym, czymś, do czego wampir by od początku predestynowany i w czym się spełniał. W końcu zło w Złodzieju Ciał nie jest złem wulgarnym, prymitywnym. Zło wampira w powieści Rice, jest niejednoznaczne i wyrafinowane, podszyte inteligencją i wielkimi namiętnościami, i zbyt często zderza się z dobrem, abyśmy byli skłonni całkowicie je potępić. Istnieje ono bardziej jako pewna oczywista konieczność, siła niezbędna do zachowania równowagi świata, który ma swoich 'Lestatów', ale także swoich Ludzi Dobrej Woli. Nie sądzę, żeby autorka książki, zwłaszcza teraz, przyklasnęła takiej interpretacji i mojemu peanowi pochwalnemu na cześć 'idealnego Zła' (pamiętajmy, że mimo wszystko należy ono do świata fikcji), ale tak właśnie odbieram tę powieść, zawłaszcza w kontekście jej zakończenia. Należy doprawdy żałować tylko jednego: że Opowieść o Złodzieju Ciał nie kończy definitywnie historii Lestata, bo tak naprawdę wszystko zostało o nim powiedziane w tej właśnie książce. Kontynuacja jego losów to jakieś nieporozumienie, przynajmniej według mnie. Wy możecie mieć odmienne zdanie. Prawda jest też taka, że im bardziej niejednoznaczne moralnie uczynki bohaterów, im większy do powieści Rice wkrada się relatywizm, tym są one lepsze, potrafią nas zainspirować. Próby nawracania siłą tych rozkosznych krwiopijców na dobro, owocują miałkimi, sentymentalnymi bzdurami, niewartymi szczególnej uwagi. Zatem dla mnie Opowieść o Złodzieju Ciał to ostatnia TAKA książka Rice. |