Wampir Armand: cytatytłum. Ładysław Jerzyński Wspomnienia spowijają mnie niczym welon. Unoszę ramię i zaraz otacza je rękaw wspomnień. Spoglądam i widzę mnogość czasów. Najbardziej jednak lękam się tego, że podobnie jak z innymi kwestiami, okaże się, że tak się one tylko ciągną przez stulecia na samej granicy nicości. Nigdy dotąd nie widziałem aniołów tak świetlistych i o tak pięknych włosach, aniołów, które tak dumnie prezentowałyby ludzkie piękno swych muskularnych ciał, spowitych w lotne szaty. Było coś niepokojąco buntowniczego tych mocarnych postaciach, dumnie zagarniających dla siebie niebo, pod którym rozpływały się w złocistym świetle obłoczki pary. Za specjalnym zezwoleniem weszliśmy do należącej do doży kaplicy San Marco; jej bogactwo poraziło mnie: ściany jakby powleczone płynnym złotem. Kolejny jednak szok sprawiła świadomość, iż oto ja sam spowity jestem w strojności i pozłoty, przede mną zaś stały mocne i surowe posągi świętych, których znałem.
Znałem ich wszystkich, stojących w niszach, w długich szatach, z rękami złożonymi do modlitwy, z aureolami nad głową. Wiedziałem jak mnie oceniają brodaci patriarchowie, spoglądając na mnie nieruchomymi oczyma, stanąłem więc jak sparaliżowany, a potem osunąłem się na posadzkę. Stał się dla ciebie całym światem, jak tylko może zrobić ktoś jak on wielki. A teraz znalazłeś się poza tym światem i chciałbyś do niego wrócić. Człowiek taki jak on staje się dla ciebie wszystkim, a jego słowa - miarą wszystkich rzeczy. To, co na zewnątrz, jest bez wartości, gdyż on tego nie widzi ani nie zaznaczył tego jako wartościowe. Musisz więc porzucić te głusze, do których nie sięga jego światło, i wrócić. Wrócić do domu. Całe to piękno promieniowało wielką siłą, spowijającą mnie niczym wiatr, aczkolwiek nie była tak cielesna. Niewidzialna i bezkształtna, przepełniała mnie jednak poczuciem mocy. A siłą ta była miłość. Tak, myślałem, to owa miłość pełna i bez skazy wszystkiemu nadawała ostateczny sens: teraz bowiem każde rozczarowanie, każdy błędny krok, każdy uścisk i każdy pocałunek były tylko elementami owej ostatecznej akceptacji i pełni, w której każdy błąd ujawniał, czego mi jeszcze brakuje, a każde powodzenie sugerowało, czym jest najwyższa miłość. Nie jesteśmy nieomylni. Nie mamy siły nadanej przez Boga. Przemierzamy ziemię niczym wielkie drapieżniki sunące przez dżunglę i nie większe mamy prawo do naszych ofiar niż każda inna żywa istota, która by żyć- morduje. To jednak jest pewne, iż krew niewinnego przyprawia nas o szaleństwo(...) Nigdzie nie widziałem stagnacji, wszędzie dostrzegałem proces, a czy chodziło o wzrastanie ku pełni, czy też jej kruszenie się ku kresowi - i jedno, i drugie równie mnie fascynowało i urzekało, z jednym tylko wyjątkiem: degradacją ludzkiego umysłu. Studiowanie obrazów prowadzi do studiów nad człowiekiem, a studia nad człowiekiem prowadzą do zasępienia nad stanem świata. Przez całe dzieje kroczy pojęcie Wielkiej Istoty, a za nim toczą się przypisywane jej słowa i zasady. I tak Chrystusowi dają swe świadectwo modlący się świętoszek, brudny, poszczący pustelnik i pyszny Wawrzyniec Medyceusz, który będzie go wielbił w złocie, obrazie i kamieniach mozaiki. wielkie systemy dają spokój duszy, a jeśli czujemy, że zaczyna ogarniać nas rozpacz, powinniśmy natychmiast z niczego stworzyć nasz własny system, a wtedy przynajmniej będziemy się mogli powiesić na własnoręcznie wykonanej szubienicy. Jestem cały od środka wypalony. Nie ma we mnie żadnych uczuć: ani miłości, ani nienawiści, mylisz się przeto, mówiąc, że was nienawidzę. Nawet tego we mnie nie ma. Jesteśmy żądlącymi osami, szczurami, które podkradają ziarno, jesteśmy Czarną Śmiercią, która zabiera pospołu młodych i starych, pięknych i brzydkich, a wszystko po to, aby ludzie drżeli przed mocą Stwórcy(...) Katedry powstają z prochu(...) aby unaocznić cud. W kamieniu ryje człowiek Taniec Śmierci, aby przypomnieć, jak krótkie jest życie. To my niesiemy kosę Strasznej Żniwiarki obecnej na tysięcznych odrzwiach i malunkach, my jesteśmy jej pomocnikami. Nie będziesz musiał wyrzekać się miłości do piękna, natomiast poznasz inną jego postać, twardą i trudną, która ci się odsłoni, gdy odbierać będziesz życie, patrząc, jak ubywa go w zabijanym śmiertelniku, i czując, jak umierające myśli oplatają cię kleista siecią, tak że stajesz się uczniem tych, którym przyspieszasz podróż do wieczystej chwały bądź zagłady. Pokochasz różne barwy ziemi i ciemności, a obrzydzeniem zaczniesz darzyć różnobarwne blaski bogactwa i luksusu. Wszystkie moje żywoty i wszystkie światy, w których przebiegały, stawały się coraz bardziej widmowe i senne. Wszystko zdało mi się jakąś tandetną i pozbawiona treści opowiastką, nic nie potrafiło wyzwolić we mnie pasji, trwałem mocą obowiązku, a mym obowiązkiem było trwanie. Któż z większym niż ja chłodem mógł podchodzić do wizji, w której istnieje jakieś zbawienie dla nocnych tułaczy, dla istot, które będąc ongiś ludźmi, teraz na zawsze są skazane na żywienie się ich krwią? Ja, który zaznałem i żywiołowego humanizmu Renesansu i okrutnego ascetyzmu panującego w Rzymskim Konwencie i cierpkiego cynizmu czasów romantycznych?
Cóż miałem powiedzieć temu wampirowi o słodkiej, aż nazbyt ludzkiej twarzy, którego stworzył jako wampira znacznie potężniejszy i energiczniejszy Lestat, cóż poza tym, że znajdzie w tym świecie dość piękna, aby się nim sycić, a w sobie z kolei musi odnaleźć odwagę istnienia i to bez oglądania się na obraz Boga czy szatana, to bowiem niesie tylko chwilowe ukojenie. Nie potrafimy znieść samotności, ot, co. Nie możemy, podobnie jak chociażby mnisi, którzy wyrzekają się wszystkiego w imię Chrystusa, niemniej jednak gromadzą się w zakonach, aby być razem, nawet jeśli ostra reguła nakazuje zamykanie się w celach i milczenie. Bóg mnie nie przyjmie, ale nie przyjmie też diabeł. Wyszedłem na słońce, aby mogli wziąć moją dusze. Zrobiłem to z miłości, nie myśląc o piekle ani bólu. Ale to ziemia stała się moim czyśćcem. Naszemu istnieniu odmówiona jest niewinność, nigdy nie nastaje w nim wiosna, pragnienia zawsze splatają się z nienawiścią do siebie i wstrętem. W chwili, gdy to mówiłem, nagle rozpostarły się przede mną korytarze dziejów, w których mroku wędrowałem ze świecą w ręku, poszukując ikon, które niegdyś malowałem. Żałosność i beznadziejność tego dzieła niemal mnie powaliły. Nawet w najgorszych czasach to twoje słowa stawały się dla mnie oparciem(...) To dzięki tobie nauczyłem się dostrzegać piękno świata w sposób, który pozostałby dla mnie zamknięty, gdybym tkwił w miejscu, gdzie się urodziłem(...) Pamiętam wszystkie te słowa, ale już nie nie wierzę.(...)Kiedyś mówiłem je ze szczerego przekonania, przyznaję. Tyle, że przekonanie to wcale nie było oparte na obserwacji ludzkości, jak sam siebie uparcie upewniałem. Kiedy zaś dostrzegłem to, wtedy wiara gwałtownie się załamała. To znaczy, bardziej to była walka z samooszukiwaniem, niż nagłe zniknięcie ślepoty. Musiałem powtarzać te tezy wiary logicznej, racjonalnej, ateistycznej, gdyż gdybym za cos innego niż pianę po ustępującym brudzie uznał nikczemność swych braci i sióstr, nie zniósłbym tego(...) Powiedziałeś, że nie ma we mnie wiary. Istotnie. Nie wierzyłem nigdy w tytuły, legendy i hierarchie uczynione przez istoty do mnie podobne. On tymczasem nie narzucał żadnej hierarchii. On był sama Istotą. Jego wspaniałość jest czymś prostym i oczywistym. Był z ciała i krwi, które wystarcza za wino i chleb dla całej ziemi. |