Wywiad z wampirem: cytaty

tłum. Tomasz Olszewski


Ludzie, którzy przestają wierzyć w Boga lub boskość, nadal jednak wierzą w diabła. Nie wiem zresztą dlaczego. Nie, naprawdę nie wiem dlaczego. Zło jest zawsze możliwe. A boskość jest odwiecznie trudna do pojęcia. Musisz jednak zrozumieć, że mówić o nawiedzeniu ciała, to mówić po prostu, że ktoś zwariował. (...) Nie trzeba widzieć szatana podczas egzorcyzmów. Ale stać w obliczu świętości, przed obliczem świętego... uwierzyć, że ów święty ma prawdziwe wizje. Nie. W tym przejawia się nasz egotyzm, nasza odmowa uwierzenia, że coś takiego może się wśród nas zdarzyć.

[Louis do Malloya]


Gdy przemówił do mnie i powiedział kim mógłbym zostać, czym jest jego życie i co go jeszcze czeka, wszystko, co wcześniej przeżyłem przestało się w ogóle liczyć. Postrzegałem wtedy swoje życie tak, jakbym stanął z boku, przyglądając mu się z zewnątrz. Dostrzegłem całą moją dotychczasową próżność, egoizm, konformizm, powierzchowną wiarę w Boga i zastępy świętych, których imiona wypełniały mój modlitewnik, a z których żaden nie wywarł najmniejszego wpływu na moją ograniczoną, materialistyczną i samolubną egzystencję. Dostrzegłem moich prawdziwych bogów... bogów większości z ludzi -jedzenie i picie, bezpieczeństwo w konformizmie. Popiół.

[Louis pod wpływem Lestata]


Gdy piłem jego krew, poza światłem, nie widziałem nic. A potem następną rzeczą, jaką odczułem, był... dźwięk. Głuchy huk na początku, a następnie łomotanie, dudnienie, jak w wielki bęben, narastające, jak gdyby jakiś nadludzki olbrzym przedzierał się powoli przez ciemny i tajemniczy las. Tuż po chwili usłyszałem identyczny, drugi taki odgłos, jakby za pierwszym olbrzymem, w pewnej odległości pojawił się drugi, a każdy z nich w rytmie swojego własnego dudnienia. Hałas narastał, zbliżał się coraz bardziej, aż wydawało się, że wypełnia już nie tylko mój zmysł słuchu, ale i wszystkie pozostałe. Zdawał się tętnić i pulsować w wargach i palcach, w skroniach i żyłach. Przede wszystkim w żyłach. Najpierw jeden odgłos dudnienia, potem ten drugi. Aż wreszcie Lestat wyszarpnął rękę, odrywając ją od moich ust. Otworzyłem oczy i odzyskałem świadomość. Ponownie sięgnąłem po jego rękę, chwyciłem ją i siłą przywarłem do ust. Zdałem sobie sprawę, że odgłosy tego bębna były biciem mego serca, i jego serca, nas obu

[Louis o wrażniach podczas przemiany w wampira]


Zabijanie to nie jest zwyczajna rzecz. (...)Nie jest to wyłącznie nasycenie się krwią.(...)To przeżycie towarzyszące zetknięciu się z innym życiem. Często również doświadczenie pozbawiania kogoś tego życia, gdy wolno, powoli wysysa się jego krew. To doświadczenie powtarza się bez końca i jest jakby przeżywaniem na powrót własnej śmierci, której zaznałem, ssąc krew z nadgarstka Lestata, gdy czułem, jak jego bicie serca zlewa się z moim. Jest to celebracja, bez końca, tego doświadczenia, ponieważ dla wampirów to jest właśnie ostateczne i podstawowe przeżycie.

[Louis o zabijaniu]


Aniołowie odczuwają miłość, dumę... dumę, a może zarozumiałość z powodu upadku swych braci... i nienawiść. Silne przemożne uczucie osób niezaangażowanych w życie, w których uczucie i wola to jedno

[Louis o miłości wampira]


Jednym z aspektów, nazwałbym to, uczuciowego niezaangażowania jest swoista dychotomia myśli. Wiesz, że jesteś w niebezpieczeństwie, które grozi ci nawet śmiercią, a jednocześnie możesz myśleć o czymś bardzo abstrakcyjnym i odległym. Tak właśnie wtedy działo się ze mną. Rozmyślałem o tym, jak wyrafinowana mogłaby być nasza przyjaźń, Lestata i moja. Jak mało przeszkód stało na drodze do urzeczywistnienia tego i jak wiele moglibyśmy jeszcze wspólnie przeżyć.

[Louis w piwnicy Babette Freniere]


Wydało mi się nagle, że ta noc jest tylko jedną z tysięcy innych nocy, nocą, która przechodzi w następną i następną, tworząc wielką linię nocy, której końca na próżno by szukać.

[Louis o życiu wampira]


chciałem poznawać śmierć etapami, kolejnymi stopniami wtajemniczeń, i że doświadczenia związane ze śmiercią człowieka pragnąłem zachować na później, gdy moje rozumienie tych spraw będzie głębsze i dojrzalsze. W rzeczywistości, wszystko to miało jednak podstawy etyczne, moralne. Wszystkie decyzje estetyczne są tak naprawdę decyzjami moralnymi.

[Louis o doświadczeniach wampira]


Cały konflikt powstaje pomiędzy moralnością artysty i moralnością społeczeństwa, w którym żyje, a nie między estetyką a moralnością czy etyką. Często nie rozumie się tego i stąd tyle tragedii, tyle marnowania talentów. Na przykład, artysta kradnący farby ze sklepu wyobraża sobie, że dokonał nieuniknionego choć niemoralnego wyboru, w związku z czym widzi potem siebie jako pozbawionego łaski. Nieunikniona jest wtedy rozpacz i małostkowa odpowiedzialność, jak gdyby moralność była wielkim, szklanym światem, który może zostać przypadkowo całkowicie strzaskany jednym postępkiem.

[Louis- mała rozprawa o etyce i estetyce :)]


prawie zawsze pojawiała się w moich snach pustynia, spustoszona ziemia nocy, stanowiąc tło dla wszystkiego, co mi się przyśniło. Pustynia, pustka, którą widziałem tej samej nocy, kiedy zostałem przeklęty przez Babette. Było tak, jak gdyby wszystkie postacie przechadzały się i mówiły coś o opuszczonym gmachu mojej wyklętej duszy.

[Sny Louisa]


Ty jesteś intelektualistą, ja nim nigdy nie byłem. To, czego się nauczyłem, zawdzięczam innym ludziom, ich rozmowom, którym się przysłuchiwałem, a nie książkom. (...) Ale nie jestem głupi, a ty musisz mnie słuchać, ponieważ znajdujesz się w niebezpieczeństwie. Nie znasz swojej natury wampira. Jesteś jak dorosły człowiek, który spoglądając wstecz na swoje dzieciństwo, dochodzi do wniosku, że nigdy go nie doceniał. Nie możesz, jako mężczyzna, powrócić do żłobka i bawić się swoimi zabawkami, dopraszając się miłości i opieki tylko dlatego, że znasz ich wartość. Podobnie jest z twoją śmiertelną naturą. Zrezygnowałeś z niej, prawda. Ale nie potrafisz zrezygnować ze świata ludzkich uczuć, nawet teraz, gdy patrzysz nań nowymi oczyma.

[Lestat do Louisa]


Brniesz przez noc, odżywiając się szczurami jak jakiś nędzarz i zerkasz smętnie w okna swojej Babette, przepełniony zatroskaniem, a przecież bezradny jak bogini, która nocą przychodziła, by patrzeć na Endymiona, lecz nigdy nie mogła go mieć. Przypuśćmy, że mógłbyś ją wziąć w ramiona, a ona nie spoglądałaby na ciebie z przerażeniem i odrazą, co wtedy? Kilka krótkich lat, podczas których musiałbyś przyglądać się, jak pożera ją śmiertelność, jak cierpi, a potem umiera na twych oczach. Czy to uczyniłoby ciebie szczęśliwym? To przecież obłęd, Louis. To bezcelowe. A to, co naprawdę jest przed tobą, to właśnie prawdziwa natura wampira, którą jest zabijanie.(...) Wypełniony będziesz, Louis, tak jak ma właśnie być, życiem, które możesz sam przytrzymać; a kiedy to minie, znowu poczujesz głód tego samego, i jeszcze raz, i jeszcze raz, bez końca. Czerwień w tym kieliszku będzie równie czerwona, róże na tej tapecie równie delikatnie naszkicowane. I księżyc będzie taki sam, i takie same migotanie płomienia świecy. I z tą samą wrażliwością, którą tak pielęgnujesz, widzieć będziesz śmierć w całym swoim pięknie. Czy ty tego nie rozumiesz, Louis? Jedynie ty ze wszystkich stworzeń możesz widzieć śmierć w ten sposób. Ty... jedynie... w świetle księżyca... możesz uderzyć niczym boska wyrocznia.

[Lestat do Louisa]


Wampiry są zabójcami (...)drapieżnikami, których wszystkowidzące oczy z obojętnością patrzą na świat. To zdolność oglądania życia ludzkiego w jego całości, bez żadnego sentymentalnego i ckliwego żalu, ale z pełną, podniecającą satysfakcją, wynikającą z poczucia stanowienia kresu dla niego, z poczucia bezpośredniego aktywnego udziału w boskim planie.

[Lestat o istocie wampiryzmu:)]


Zostaw sobie twoje odczucia estetyczne na inne okazje. Zabijaj szybko, jeśli chcesz, ale zabijaj! Naucz się, że i ty jesteś zabójcą! Ach!

[Lestat do Louisa]


Koniec końców wszystkich nas czeka trumna(...)Leż spokojnie, moja miłości. Ta trumna jest twoją trumną. Większość z nas nawet nie wie, jak to jest być w swej trumnie. Ty już teraz wiesz!

[Lestat do ladacznicy]


Zamknąłem oczy, usłyszałem wiatr i odgłosy wody płynącej miękko i szybko w rzece. To była piękna chwila, wiedziałem jednak, że nie potrwa długo, że oddali się ode mnie jak coś wyrwanego mi z objęć, i że będę gonił, aby to odzyskać, rozpaczliwie samotny, bardziej niż jakiekolwiek stworzenie tego świata.

[Louis jak Faust :)]


Ból jest straszny dla ciebie(...)Odczuwasz go mocniej niż inne istoty, ponieważ jesteś wampirem

[Lestat do Louisa]


Zło zależy od punktu widzenia(...)Jesteśmy nieśmiertelni. To, co nas czeka w przyszłości, to bogate uczty, których wartości sumienie nie może oszacować. Bóg zabija i tak też będzie z nami. Odbiera życie bogatym i biednym, i my też tak będziemy robić.

[Lestat o wampiryzmie]


Coś jednak we mnie pozostało świadome niebezpieczeństwa i tej ciemności wokół nas, jak byśmy spacerowali zawsze tuż na skraju przepaści. Zdarzało się czasami, że realny świat, jaki mnie otaczał zdawał się nieistotny i urojony, i nie dostrzegałem nic poza tą ciemnością. To tak, jak gdyby ziemia nagle miała się otworzyć, powodując wielkie pęknięcie wzdłuż Rue Royale i pozostawiając z domów tylko pył i gruzy.

[Louis]


ty miałaś serce niepodobne do żadnego, które kiedykolwiek czułem. Serce, które biło i biło, aż musiałem cię zostawić, odrzucić od siebie, ażebyś nie przyspieszyła za bardzo mojego tętna i nie zabiła mnie. To Lestat odszukał mnie tutaj. Louis, sentymentalny Louis przyłapany na uczcie z małego złotowłosego dziecka, świętego niewiniątka, malej dziewczynki. Przyniósł cię ze szpitala, gdzie się potem znalazłaś i nawet nie mogłem się domyślić, co zamierza poza tym, że chciał uprzytomnić mi moje własne powołanie, moją naturę wampira. 'Weź ją, skończ, co zacząłeś' - powiedział. I znów poczułem pragnienie tej krwi. Och, wiem, że straciłem cię teraz na zawsze. Widzę to w twoich oczach! Patrzysz na mnie tak, jak patrzysz na ludzi śmiertelnych, z góry, z chłodną wyniosłością, której nie mogą zrozumieć. Ale zrobiłem to.

[Louis do Klaudii]


Coś w niej samej było pokrewne temu, co tkwiło we mnie. To samo było zresztą z Lestatem. Nie mogliśmy znieść myśli, by pozostać sami i żyć samotnie! Potrzebowaliśmy nawzajem swego towarzystwa. Otaczał nas świat z mnóstwem śmiertelnych ludzi, potykających się o nas. Świat ludzi ślepych i pochłoniętych swoimi sprawami.

[Louis o wampirzej rodzinie]


Przypuśćmy, że wampir, który uczynił ciebie wampirem, nic nie wiedział, ten z kolei, który go stworzył - także nic, i tak dalej, i dalej w przeszłość. Nic, więc pochodzisz od niczego! Pozostaje tylko nicość! A my musimy żyć z tą wiedzą, która w rzeczy samej nie jest żadną wiedzą.

[Klaudia do Lestata]


To jest właśnie, moja droga, jedna z tych rzeczy, o której nigdy się nie dowiesz. Albowiem nawet ten Ereb, w którym żyjemy, musi mieć swoją arystokrację.

[Lestat do Klaudii]


to jest Lestat. To wszystko, co zostało z transformacji i tajemnicy, martwe, odchodzące do wiecznej ciemności. Poczułem nagle jakby przyciąganie, jak gdyby jakaś siła zmuszała mnie do pogrążenia się razem z nim, do zstąpienia w ciemną wodę, bezpowrotnie. Było to bardzo wyraźne i silne. Wydawało mi się, że słyszę jakby głos: 'Wiesz, co masz zrobić. Zejdź w tę ciemność. Niech się to wszystko ulotni'.

[Louis po zabójstwie Lestata]


Katedra rozsypała się w mojej wizji; święci przechylili się i upadli. Szczury zjadły świętą eucharystię i usadowiły się wygodnie na parapetach ołtarza. Samotny szczur z olbrzymim ogonem stał, podgryzając gnijące szczątki ołtarza, aż świece stojące na nim upadły i potoczyły się po pokrytej mułem posadzce.(...) Wyciągnąłem nagle rękę do gipsowej dłoni Maryi Panny i obserwowałem, jak kruszy się w moim uścisku. Czułem, jak dłoń figury kruszy się, gdy mój kciuk zamieniają w proszek.
I wtedy nagle przez otwarte okno, przez które widziałem ziemię nieuprawną, dziką, jałową we wszystkich kierunkach, nawet wielką rzekę zamarzniętą i pełną uwięzionych w lodzie wraków statków, wtedy ujrzałem kondukt pogrzebowy podążający przez ruiny i zgliszcza. Grupę bladych mężczyzn i kobiet, potworów o błyskających oczach i turkoczących na wietrze czarnych sukniach. Trumna odbywała swą podróż na drewnianych kołach w asyście skaczących po niej szczurów. Procesja zbliżała się i wkrótce dostrzegłem w niej Klaudię. Jej oczy spoglądały spod cienkiego, czarnego welonu, jedną dłonią w czarnej rękawiczce zaciskała czarny modlitewnik drugą złożyła na trumnie, idąc obok niej. A w niej - pod szklanym wiekiem - przerażony, dostrzegłem szkielet Lestata, jego pomarszczoną skórę opinającą wystające kości, puste oczodoły, jasne włosy rozrzucone na białym atłasie. (...)Klaudia, obracając się ze swoim modlitewnikiem, otworzyła go i podniosła welon, odsłaniając twarz. Patrzyła na mnie, gdy palcem dotknęła otwartej strony.
- A teraz jesteś przeklęty na tej ziemi(...), która otworzyła swe usta, aby odebrać krew brata twego z rąk twoich. Gdy ty znajdziesz się w ziemi, odtąd nie podda się tobie jej siła. Wygnańcem będziesz i wiecznym wędrowcem na ziemi... a ktokolwiek cię powali zemsta doścignie go siedmiokrotna.

[wizja Louisa]


Zdawało się czasami, gdy siadałem samotnie w ciemnej kajucie, że niebo schodzi tu na morzu nisko i dotyka niemal fal, i że jakaś wielka tajemnica musi zostać przy tym spotkaniu ujawniona, jakaś wielka przestrzeń między nimi tajemniczo zamknie się na zawsze. Ale kto miał wskazać to objawienie, gdy niebo i morze stawało się nierozróżnialne i żadne z nich nie było już chaosem? Bóg czy Szatan? Przyszła mi nagle do głowy następująca myśl: 'Jakimże pocieszeniem byłoby poznać Szatana, spoglądać w jego twarz, bez względu na to, jak straszne byłoby jego oblicze; wiedzieć, że należę do niego całkowicie, i w ten sposób ukoić wreszcie męczarnie tej niewiedzy. Przejść przez zasłonę, która już na zawsze odgrodziłaby mnie od tego wszystkiego, co nazywałem naturą ludzką'.

[przemyślenia Louisa podczas podróży statkiem]


Czułem, że statek przybliżał nas coraz bardziej do tej tajemnicy. Nie było widocznego końca dla sklepienia niebieskiego. Zamykało się tuż nad nami zapierającym dech ogromem, pięknością i ciszą. Ale wkrótce słowa 'ukoić na zawsze' stały się nie do zniesienia. Bo nie będzie żadnego ukojenia w ciągłym stanie potępienia, nie może po prostu być, i czymże są w końcu te męczarnie w porównaniu z wiecznym ogniem piekielnym? Ocean kołyszący się pod nie zmiennymi gwiazdami - już same te gwiazdy - co to wszystko ma wspólnego z Szatanem? A te wyobrażenia, które brzmią tak, statycznie dla nas w dzieciństwie, kiedy jesteśmy tak przejęci szaleństwem, że z trudnością moglibyśmy wyobrazić je sobie jako pożądane: Serafin wpatrujący się w twarz Boga, na zawsze w twarz Boga. A twarz samego Boga - to było ukojenie wieczne, którego to spokojne, kołyszące morze, było zaledwie malutką obietnicą. Ale nawet w takich chwilach, gdy statek spał i cały świat pogrążony był we śnie, ani niebiosa, ani piekło nie wydawały się niczym więcej niż dręczącą fantazją, urojeniem, złudzeniem. Wiedzieć i wierzyć w jedno lub drugie... to było jedyne zbawienie, o którym mogłem marzyć.

[przemyślenia Louisa podczas podróży statkiem]


Nic nie pojawiało się w snopie światła poza samym odbiciem blasku światła, tego promienia naszej podróży, który mnie nie opuszczał, nieruchome oko, patrzące na mnie z głębokości i mówiące: 'Louis, twoje poszukiwania są tylko poszukiwaniem ciemności. To morze nie jest twoim morzem. Mity i podania ludzi nie są twoimi mitami i nie należą do ciebie, skarby ludzi nie są twoimi'.Och, jak bardzo ta pogoń za Starym Światem wampirów przepełniała mnie w takich momentach goryczą. Jakie bowiem tajemnice, jakie prawdy dla nas miały te potworne stwory nocy? Cóż mogły nam objawić? Co tak naprawdę jeden potępiony może przekazać drugiej potępionej istocie?

[przemyślenia Louisa podczas podróży statkiem]


Czy sądziłeś, że będę twoją córeczką na zawsze? Czy jesteś ojcem głupców czy też głupcem ojców?

[Klaudia do Louisa]


To było coś zawsze bardzo pośpiesznego (...) I... rzadko kiedy tak naprawdę delektowane... to coś mocnego, co jednak szybko się zatraca. Myślę, że to zaledwie blady cień zabijania, ledwie jego odbicie.

[Louis do Klaudii o seksie:))]


Czułem, że oddala się ode mnie, czyni mnie karłem wobec swoich olbrzymich potrzeb. Odczułem nawet dziką zazdrość w stosunku do tej maleńkiej, lalkowej damy, ponieważ ona, choć na chwilę, dała jej coś, co zatrzymała blisko przy sobie. W mojej obecności zachowywała się teraz tak, jakby w ogóle mnie nie zauważyła.

[Louis o Klaudii]


Stanęli nieruchomo, wszyscy, cała siódemka wampirów, w tym trzy kobiety. Ich częściowo odsłonięte, kształtne piersi błyszczały nad obcisłymi, czarnymi stanikami ich tunik. Surowe, świetliste twarze spoglądały czarnymi oczyma spod czarnych loków ich włosów. Posępnie piękne, zdawały się płynąć w powietrzu, coraz to bardziej zbliżając się do dziewczyny, kwitnącej i rumianej, a przecież blade i zimne w porównaniu z jej błyszczącymi, złotymi włosami i skórą niczym różowe płatki kwiatu.

[scena z Teatru Wampirów]


Jeśli wierzysz, że Bóg stworzył Szatana, to musisz zdawać sobie sprawę, że jego moc pochodzi od Boga i że Szatan jest po prostu dzieckiem Boga, a i my tym samym jesteśmy dziećmi Boga. Nie ma dzieci Szatana, naprawdę.

[Armand do Louisa]


Widziałem cię w teatrze, twoje cierpienie, twoje współczucie dla tej dziewczyny. Widziałem też twoje współczucie dla Denisa, gdy zaoferowałem ci go. Ty sam umierasz, gdy zabijasz. Dlaczego zatem z taką namiętnością i z takim poczuciem sprawiedliwości chcesz nazwać siebie dzieckiem Szatana!

[Armand do Louisa]


Z pewnością widzisz różne stopnie i zróżnicowanie dobroci. Jest dobroć dziecka, którą jest niewinność, jest i dobroć mnicha, który zrezygnował ze wszystkiego i prowadzi życie pełne samowyrzeczeń i oddania się innym. Dobroć świętych, dobroć rzetelnych gospodyń domowych. Czy we wszystkich tych przypadkach jest taka sama?

[Armand do Louisa]


grzech jest bez znaczenia. I nie przez grzech osiąga się zło.

[Armand do Louisa]


Ponieważ jeśli nie ma Boga, to my jesteśmy stworzeniami obdarzonymi największą świadomością we wszechświecie. Tylko my rozumiemy i zdajemy sobie sprawę z upływu czasu i wartości każdej minuty ludzkiego życia. A to, co składa się na zło, prawdziwe zło, to odebranie życia pojedynczemu człowiekowi. To, czy człowiek umrze jutro czy może pojutrze, nie ma znaczenia. Ponieważ jeśli Boga nie ma, to życie... każda jego sekunda... to wszystko, co mamy.

[Louis do Armanda]


To zło, to pojęcie zła wzięło się z rozczarowania, ze zgorzknienia! Czy nie widzisz tego? Dzieci Szatana! Dzieci Boże! Czy to jedyne pytanie, z jakim do mnie przyszedłeś, czy to jedyna wizja, jaka cię prześladuje? Dzielisz świat na istoty boskie i diabły, podczas gdy jedyna moc, jaka istnieje, jest wewnątrz nas? Jak możesz wierzyć w te stare, fantastyczne kłamstwa, te mity, te alegorie nadprzyrodzonych?

[Armand do Louisa]

Jego oczy mówiły: żyj. Jego oczy mówiły: ucz się. Och, jak bardzo chciałem zwierzyć mu się z tego wszystkiego, czego nie rozumiałem, z tego, co ze zdumieniem odkryłem, że wampiry tam u góry uczyniły z nieśmiertelności klub dziwaków i taniego konformizmu. A przecież, przez ten smutek, przez to pomieszanie przebijała jasna i wyraźna konkluzja: a właściwie dlaczego miałoby być inaczej? Czego innego oczekiwałem? Jakie miałem prawo do tego, by być tak gorzko rozczarowany Lestatem, by pozwolić mu umrzeć! Ponieważ nie chciał pokazać mi tego, co sam powinienem był odszukać w sobie? Słowa Armanda, jak one brzmiały? Jedyna moc, jaka istnieje, jest wewnątrz nas samych...

[Louis o Armandzie]


Ale to przerażenie, przerażenie na widok własnej twarzy! Bowiem odtworzył ją doskonale, choć nie było w niej nic z makabryczności. Zielone oczy patrzyły na mnie z luźno naszkicowanego kształtu głowy z niedbałą niewinnością, niewysłowiony cud tej przemożnej żądzy i nienasycenia, którego nie zrozumiał. Na szkicu był Louis sprzed stu lat, zasłuchany w kazanie księdza podczas mszy św., usta rozchylone i miękkie, włosy w nieładzie, ręka zgięta w łokciu i bezwładna. Louis śmiertelny. Wydaje mi się, że roześmiałem się, tak że łzy prawie pojawiły mi się w oczach. Budził się we mnie potwór, który zabijał i będzie zabijał, który teraz zabierał obraz i zbierał się z nim do wyjścia z tego małego domku.

[Louis o swoim portrecie]


Ja nadal jeszcze ciebie kocham i to jest cała męka. Nigdy nie kochałam Lestata. Ale ciebie! Miarą mojej nienawiści do ciebie jest właśnie ta miłość. Nienawidzę cię tak samo, jak cię kocham. Czy wiesz, jak bardzo cię nienawidzę!

[Klaudia do Louisa]


Czy umarłbyś razem ze mną?(...) Czy umarłbyś razem ze mną tak naprawdę? (...)Czy nie rozumiesz, co się ze mną dzieje? Że on mnie zabija, ten wampir-mistrz, który już zawładnął tobą i nie będzie chciał dzielić tej miłości ze mną, choćby odrobinę. Widzę jego siłę w twoich oczach. Widzę twoje cierpienie, zgryzotę, miłość do niego, której nie potrafisz ukryć. Obróć się, a zmuszę cię, abyś spojrzał na mnie oczyma, które teraz chcą jego, zmuszę cię, abyś mnie słuchał.

[Klaudia do Louisa]


To ty nie chcesz dzielić mnie z nikim, to ty właśnie chcesz miłości na własność. Jeśli nie mojej, to jej. On jest silniejszy od ciebie, poniża cię. Chcesz jego śmierci w taki sam sposób, w jaki pozbawiłaś życia Lestata. Tym razem jednak nie będę twoim wspólnikiem, słyszysz? Nie uczynię jej jednym z nas, bo nie chcę, żeby całe zastępy ludzkich istot musiały umrzeć z jej rąk! Twoja władza nade mną skończyła się. Nie chcę!

[Louis do Klaudii]


Zobaczysz bowiem (...) że w tym pokoju, umarła dziś nie tylko ta kobieta. Być może zajmie jej to wiele, wiele następnych nocy, może lat całych. To, co umarło dzisiaj, w tym pokoju, to ostatni ślad ludzki, jaki był jeszcze do tej pory we mnie.

[Louis do Klaudii po stworzeniu Madeleine]


Jak myślisz, ile wampirów ma w sobie tyle sił witalnych i wigoru, by znieść nieśmiertelność? Zacznijmy od tego, że nie mają o niej żadnego pojęcia. Bo w fakcie przeistoczenia się w istotę nieśmiertelną chcą widzieć zamrożenie wszelkich form życia.(...) Gdy tymczasem wszystko wokół nich, wszystko poza nimi samymi, podlega zmianom, rozkładowi, wypaczeniu. Wkrótce ci z umysłami niezdolnymi do przystosowania, a często nawet i ci gotowi na wszelkie zmiany, odczuwają, że nieśmiertelność taka staje się wyrokiem w domu wariatów, gdzie wszystko, co ich otacza, jest nie do pojęcia i bez żadnej wartości.(...) I tak oto wampir wychodzi po raz ostatni na ulicę, aby umrzeć. Nikt nigdy nie dowie się, dokąd poszedł, a często i nikt z jego otoczenia - jeśli w ogóle wampir nadal szuka towarzystwa innych wampirów - nikt nawet nie będzie wiedział, że jest w rozpaczy. Już dużo wcześniej taki wampir przestanie w ogóle mówić o sobie lub o czymkolwiek. Rozpłynie się, zniknie.

[Armand do Louisa]


Gdyby nie pozostało na świecie choćby jednego, pojedynczego dzieła sztuki... a są ich tysiące... gdyby nie było choćby jednej rzeczy pięknej... gdyby świat był zredukowany do jednej pustej celi i drżącego płomienia świecy, widzę już ciebie wpatrującego się w ten płomień, pochłoniętego migotaniem światła, zmianą kolorów... jak długo mogłoby to podtrzymywać cię na duchu... jakie możliwości by stwarzało?

[Louis do Armanda]


Widzisz, to jest tak, jakbyś wyłamał dla mnie drzwi i światło już przedostaje się przez nie i ja cały pragnę tam wejść, odepchnąć się i wejść na teren, który, jak ty twierdzisz, rozciąga się za nim. Gdy tymczasem, w rzeczywistości, nie wierzę w to. Wampir, który uczynił mnie wampirem, był tym wszystkim, czym sądziłem, że może być zło: był równie przygnębiający, równie dosłowny, równie pusty, równie budzący rozczarowanie jak moje widzenie zła!

[Louis do Armanda]


A te wampiry z teatru... - zapytałem cicho.
- Odzwierciedlają tylko cynizm tego wieku, który nie potrafi pogodzić się ze śmiercią. To wyszukane, lecz bezmyślne oddawanie się parodii tego, co nadprzyrodzone, dekadencja, której ostatnim schronieniem jest samoośmieszanie się i zmanierowana bezradność. Widziałeś ich, poznałeś dobrze. Ty odzwierciedlasz swój wiek w zupełnie inny sposób. Ty odzwierciedlasz jego złamane serce.

[Armand do Louisa]


Wzbierał we mnie krzyk, dziki, pożerający krzyk, płynący z głębi mych trzewi, z głębi mego jestestwa, powstający jak wiatr, jak wiatr wirujący na deszczu padającym na spopielałe szczątki, unoszący złote włosy, owiewający ślad małej rączki na ceglanym murze.

[Louis po odkryciu zwłok Klaudii i Madeleine]


to jest ukoronowanie naszego zła, to, że możemy zajść aż tak daleko w naszej miłości do siebie, ty i ja. Któż inny bowiem okazałby nam choćby cząstkę tej miłości, cząstkę współczucia czy litości? Któżby inny, znając nas tak, jak my znamy siebie nawzajem, mógłby nie pragnąć zniszczyć nas? My jednak kochamy się.

[Louis do Armanda]


Przedtem sztuka niosła dla mnie obietnicę głębszego zrozumienia ludzkiego serca. Teraz serce ludzkie nic już dla mnie nie znaczyło. Nie upatrywałem w nim zła. Po prostu zapomniałem, że istnieje. Wspaniałe obrazy Luwru nie kojarzyły mi się z dłońmi, które je wykonały. Były oderwane i martwe, jak dzieci zamienione w nieruchome kamienie. Jak Klaudia - oderwane od swej matki, przechowywane przez całe dziesięciolecia w perłach i kutym złocie. Jak lalki Madeleine. I oczywiście, jak Klaudia, Madeleine i ja sam mogły być równie szybko zamienione w popiół.

[dywagacje Louisa]


Był to raczej smutek z powodu czegoś, co było ponad Lestatem, a tylko zawierało go w sobie, i było częścią wielkiego, straszliwego smutku za wszystkimi rzeczami, jakie kiedykolwiek utraciłem, kochałem lub znałem. Wydawało mi się wtedy, że jestem w innym miejscu, w innym czasie, lecz były one, i czas, i miejsce, realne.

[Louis podczas odwiedzin u Lestata]


Wierzyłem też, że przyciągnę cię jakoś i utrzymam przy sobie. Że czas otworzy się dla nas i będziemy uczyć się nawzajem od siebie. Wszystko, co tobie dałoby szczęście, dałoby i mnie, a ja chroniłbym cię przed tym bólem. Moja moc byłaby twoją mocą, moja siła twoją siłą. Ale dla mnie jesteś wewnętrznie martwy, jesteś zimny i nie mam do ciebie dostępu! Jest tak, jak gdybym nie był wcale obok ciebie, przy tobie. A gdy jestem z tobą, mam przerażające uczucie, że ciebie po prostu nie ma, że nie istniejesz. Jesteś zimny, tak odległy dla mnie jak te dziwne współczesne obrazy, pełne linii, kwadratów i geometrycznych figur, których nie potrafię pokochać czy zrozumieć, a które są równie dalekie i obce, jak współczesna rzeźba pozbawiona ludzkiej formy. Moimi ramionami wstrząsa dreszcz, kiedy jestem obok ciebie. Patrzę w twoje oczy, ale nie widzę tam swojego odbicia...

[Armand do Louisa]